Blog

TEST: Renault Megane R.S.

Autor:  | 

Tekstu o Renault Megene R.S. nie mógł napisać nikt inny. Po pierwsze, jestem wielkim fanem najmocniejszej wersji francuskiego kompaktu już od poprzedniej, czyli trzeciej generacji. Po drugie, na co dzień jeżdżę jej słabszą odmianą GT, więc przynajmniej teoretycznie potrafię je ocenić  z nieco szerszej perspektywy. A po trzecie, nie było na ten temat żadnej dyskusji w zaciszu naszej redakcji, poza krótkim – „Artur pisze”.

Moje głębsze relacje z francuską motoryzacją były do tej pory raczej dziełem przypadku, niż efektem jakiejkolwiek fascynacji. Doświadczenia (nie tylko własne) podpowiadały, żeby samochody znad Sekwany omijać szerokim łukiem. I tak z grubsza robił mój rozsądek, ale któregoś dnia zobaczyłem piękne auto w kolorze oczojebnej żółci i mój mózg przestał funkcjonować właściwie. Tym autem było Renault Megane RS trzeciej generacji. Czytałem o nim, oglądałem filmy i marzyłem, że kiedyś sobie kupię. Niestety, moja żona nie podziela moich poglądów w kwestii samochodów rodzinnych i każdą dyskusję na ten temat kwitowała zwięzłym – „jest za mały”.

Potem, Renault pokazało czwartą generację swojego kompaktu. Oczywiście zrobili to we własnym stylu, czyli nowy model w niczym nie przypominał poprzednika. Wciąż mając w pamięci smukłą sylwetkę „trójki”, nie zapałałem entuzjazmem do nowszej wersji, aż pewnej nocy, w drodze do Genewy, we wstecznym lusterku zobaczyłem demonicznie świecące reflektory nowej Meganki i nie mogłem przestać o niej myśleć. O tym co wydarzyło się później mogliście przeczytać na naszej stronie i usłyszeć w podcaście. W końcu nadszedł czas spotkania z potomkiem sprawcy całego tego zamieszania – Renault Megane IV R.S..

W udziale przypadł nam test mniej ekstrawaganckiej wersji kolorystyczno-wyposażeniowej – nie był to ani Orange Tonic, ani żółty Sirus. Na parkingu czekał na mnie zwykły szary Titanium na 18 calowych felgach o wzorze Estoril. Ten stosunkowo powściągliwy okaz od razu mi się spodobał, bo poza stonowanym kolorem i w miarę komfortowymi kołami nic więcej nie było w nim grzeczne. Z tyłu wzrok przykuwa ogromny dyfuzor typu F1 z centralnie umieszczonym wydechem, poszerzone nadkola z wlotami powietrza oraz żółte logo Renault Sport, które na myszowatym tle jest jeszcze bardziej widoczne. Sylwetka z profilu, mimo że bardzo dobrze znam ten model, robi również piorunujące wrażenie. Wyraźne i głębokie przetłoczenia, „skrzela” w przednim błotniku i doskonałe proporcje sprawiają, że już samo oglądanie tego auta jest rozkoszą. Jednak to przód jest zdecydowanie najmocniejszą stroną Megane, szczególnie w wersji R.S. – piękne reflektory przeciwmgłowe w kształcie wyścigowej szachownicy, szeroki i nisko zawieszony zderzak inspirowany rozwiązaniami z Formuly 1, baaardzo poszerzone błotniki (o 60 mm) i ten absolutnie doskonały system wielofunkcyjnych świateł R.S. Vision, którego największe zalety ujawniają się po zmroku. Wobec ich widoku we wstecznym lusterku absolutnie nikt nie może pozostać obojętnym. W kategorii wyglądu, to absolutny lider w swojej klasie.

Patrząc na Megane z zewnątrz od razu nabiera się przekonania, że mamy do czynienia z samochodem, z którym nie ma żartów. A co najważniejsze, wewnątrz to wrażenie pozostaje aktualne. Doskonale zbalansowane sportowe fotele, które dobrze znam z wersji GT natychmiast otulają kierowcę oraz dają poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Można się zdecydować na opcjonalne siedziska od Recaro, ale szczerze mówiąc, jeśli nie ma się zamiaru urządzać wycieczek na tor wyścigowy w każdą sobotę, to te standardowe będą absolutnie satysfakcjonujące. Lepiej wydać te 6000 zł na co innego… Na przykład na tapicerkę z alcantary albo coś bardziej funkcjonalnego jak pakiet CUP, w którego skład wchodzi zawieszenie CUP z samoblokującym mechanizmem różnicowym typu Torsen oraz zaciski hamulcowe w kolorze czerwonym. Wyczynowy charakter podkreśla także mięsista kierownica ze ściętym dołem i czerwoną „obrączką” po przeciwnej stronie, która oznacza punkt środkowy.

Największe kontrowersje wewnątrz Megane wzbudza centrum rozrywki, a raczej wielki ekran dotykowy, który służy do jego obsługi. Za każdym razem, kiedy dyskusja schodzi na ten obszar, staję murem za Renault. Jak do tej pory nie spotkałem się z równie czytelnym, ergonomicznym i łatwym w obsłudze ekranem dotykowym. Owszem, można znaleźć ładniejsze, mające lepszą grafikę, więcej możliwości i ustawień, ale kiedy jadę samochodem i chcę zmienić cel podróży w nawigacji, lub dostosować ustawienia klimatyzacji, to zdecydowanie wolę to robić w Megane. A że zostają odciski… a czy ktokolwiek widział ekran dotykowy, na którym nie zostają?

Komputer pokładowy w Megane R.S. ma także pewną ciekawą aplikację, a w zasadzie system telemetryczny  – R.S. Monitor, który umożliwia wyświetlanie na ekranie parametrów samochodu (od poziomu nacisku na pedał gazu lub hamulca, przez temperatury płynów, a na stopniu skręcenia przednich i tylnych kół skończywszy) oraz reakcji kierowcy w czasie rzeczywistym. Można także zapisywać czasy kółek na torze, a w najnowszym R.S. Monitor Expert jest również możliwość podłączenia do systemu kamerę, a po sfilmowaniu swoich wyczynów, można się podzielić nimi na portalach społecznościowych. Wszystkie swoje wyniki można analizować i poprawiać na specjalnie przeznaczonej do tego stronie – www.renaultsport.com/rsreplay. Krótko mówiąc – niepotrzebne, ale doskonałe.

Jednak nieważne ilu wymyślnych superlatywów użyłbym powyżej, żaden z nich nie wystarczy do tej części testu. To teraz spróbuję opisać jak rewelacyjnie Megane R.S. spisuje się na drodze, a naprawdę trudno jest znaleźć na to właściwe słowa.

Czterocylindrowa jednostka o mocy 280 KM i 390 Nm momentu obrotowego to prawdziwy potwór. Taki sam silnik (tyle że słabszy) pracuje pod maską Renault Alpine A110. Rasowy kompakt rozpędza się do setki w 5,8 sekundy i nie zwalnia dopóki nie osiągnie 255 km/h. Dodatkowo, jeśli uruchomimy tryb Race, przy każdej zmianie biegów z układu wydechowego będzie wydobywał się nie pomruk, nie strzał, ani nawet nie huk. To będzie kumulacja wszelkiego rodzaju złowrogich dźwięków począwszy od salwy honorowej, na głośnym ryku bestii kończąc. Wyzwalanie tego dźwięku daje niesamowity zastrzyk adrenaliny i uzależnia co najmniej tak jak dobra kawa o poranku. Wydaje mi się też, że te „wystrzały” mogą straszyć innych użytkowników drogi, co uparcie sprawdzałem podczas wyprzedzania… Podobnie dużo frajdy dawał układ wydechowy Mini John Cooper Worksa, ale w zestawieniu z Meganką brzmiał jak stara maszynka do popcornu w sezonowym wesołym miasteczku.

Nowe Renault Megane R.S. jest dużo bardziej komfortowe od swojego poprzednika, którym, podobno, jeździło się niewiele wygodniej niż taczką, jednak nadal świetnie się prowadzi. Wspomniany wcześniej układ Cup z twardszymi o 10% amortyzatorami i samoblokującym mechanizmem różnicowym typu Torsen zapewnia stabilność i pewność prowadzenia. Ponadto, pierwszy raz w tym modelu został zastosowany układ 4Control, dzięki któremu skręcają się tylne koła. Działa to na dwa sposoby – do 60 km/h (100 km/h w trybie Race), tylne koła skręcają się w kierunku przeciwnym do przednich i w zakresie 2,7 stopnia, natomiast przy wyższych prędkościach tył skręca w tym samym kierunku co przód i w zakresie 1 stopnia. Do działania tego systemu zdecydowanie trzeba się przyzwyczaić, ale potem trudno bez niego żyć. Można powiedzieć, że jazda w zakrętach nową Meganką jest epicka. Dlatego w drodze do Szczecina, bez żalu opuściłem autostradę i wybrałem mniej uczęszczane i bardziej kręte drogi, które wydobyły z szarej bestii to, co najlepsze.

Na koniec napiszę co nieco o ekonomii. Renaul Megane R.S. nie jest ekonomiczne. Pali więcej, niż chciałby producent. I co z tego?

Warto także dodać, że już niedługo do sprzedaży trafi wersja Trophy, która będzie miała 300 KM i będzie znacznie bardziej szalona.

Za Renault Megane R.S. trzeba zapłacić minimum 124 900 zł i naprawdę można na tym poprzestać. Lista wyposażenia dodatkowego nie jest przesadnie długa i w mojej subiektywnej ocenie nie wpływa znacznie na charakter auta, który jest absolutnie fenomenalny. Dawno już nie miałem do czynienia z samochodem, z którego nie chciałem wysiadać tylko ze względu na to, jak się prowadzi, a tak było w tym przypadku. Co więcej, jestem przekonany, że gdybym pokonał nim nawet dziesięć razy więcej kilometrów, to czułbym się podobnie. Całkiem prawdopodobne, że Renault wynalazło lek na depresję. A czy wynaleźli najlepszego hot hatcha? Prawdopodobnie…