Blog

TEST: Volvo XC90 T8

Autor:  | 

Znacie jakieś skandynawskie rymy do słowa „francja”? Bo po teście Volvo należałoby zmienić znane powiedzenie z elegancją. Oto test ruchomego apartamentu, zwanego dalej Volvo XC90 T8.

Obecnie na rynku motoryzacyjnym jest niewiele samochodów przy których jestem w stanie poczuć się mały. Moje gabaryty powodują, że ostatnie takie odczucie miałem stojąc obok Leoparda 2A5, ale z tego co wiem w Polsce nie ma oficjalnego salonu tego producenta czołgów. Pojechałem więc do salonu Volvo.
Przed odbiorem nowego XC90 miałem oczywiście świadomość liczb wyczytanych w katalogu. Prawie 5 metrów długości, 1,7 metra wysokości i ponad 2 metry szerokości. To zdecydowanie nie jest samochód, który mógłbym przytulić i schować w bocznej kieszeni. Po raz kolejny jednak rzeczywistość postanowiła mnie zaskoczyć.

Flagowy SUV Volvo jest jeszcze większy niż mogłoby się wydawać, szczególnie w wersji T8, gdzie do kompletu dostajemy 10-ramienne, 20 calowe felgi. Samochód jest absolutnie ogromny, masywny i muskularny. Wymagało to od projektantów nie lada geniuszu i ciężkiej pracy by sprawić, żeby ta ważąca 2,3 tony maszyna wyglądała smukle i elegancko. Na papierze wydaje się to absolutnie niemożliwe, a jednak.

Nowa stylizacja, którą zapoczątkował Thomas Ingenlath jest genialna. Z przodu znajdziemy nowy znak rozpoznawczy Volvo, czyli lampy w kształcie „młota Thora”, o których genezie możecie przeczytać w osobnym artykule. Masywny grill ustępuje miejsca ogromnemu zderzakowi. W mojej myśli jest to świetnym posunięciem w przeciwieństwie do innych producentów, którzy dalej ścigają się w sposobach na maksymalne zwiększenie chromowanego elementu z przodu samochodu. Masywny zderzak, piękne lampy i duże logo Volvo nadają wyglądowi XC90 mięsistości i delikatności zarazem. To balans, który szalenie ciężko utrzymać.

Z boku i z tyłu widać hołd dla poprzednich – produkowanych od 2002 roku – generacji SUV’a. Absolutnie nie oznacza to, że z innych perspektyw samochód jest przestarzały. Ponownie tutaj kluczem jest słowo „balans”. Właściciele poprzednich modeli poczują się jak u siebie, a wyznawcy nowoczesności poklepią się po ramionach.
Pora wejść do środka. Tutaj napotkałem się z pewnym problemem. XC90 nie otworzyło mi drzwi, nie pojawił się też kamerdyner, który by to zrobił. Zapukałem nawet w szybkę, bo niestety nie znalazłem dzwonka. Postanowiłem więc zachować się bardzo bezczelnie i samemu wprosić się do białego apartamentowca i od razu zasiąść za jego kierownicą.

Pierwsze wrażenie to poczucie, że każde wypowiedziane słowo odbije się echem. Obejrzałem się za siebie. Gdzieś za horyzontem zauważyłem wyłaniający się delikatnie trzeci rząd siedzeń. XC90 jest tak samo ogromne wewnątrz, jak i na zewnątrz, choć nie ukrywam, że efekt może być potęgowany przez samochód, którym jeżdżę na co dzień.
Poprawiłem bardzo wygodne, skórzane fotele i wróciłem do analizowania kokpitu. Tutaj kolejna porcja zmian i nowości. Tym razem absolutnie bez kompromisów i nawiązań do przeszłości. Zapomnijcie o dziwnym schowku za cyferblatem do wybierania połączeń. Zapomnijcie w zasadzie o jakichkolwiek przyciskach. Wszystko zostało zastąpione przez ogromny 9 calowy, w pełni dotykowy wyświetlacz. Nawet klimatyzacja sterowana jest dotykowo. Nie licząc kierownicy, jedyne przyciski jakie znajdziemy w tym samochodzie to parę sztuk pod samym tabletem. Guzikowcy będą więc mogli nacieszyć się światłami awaryjnymi, albo podgrzewaniem lusterek.

Nie jestem fanem dotykowej generacji. Zawsze będę uważać, że fizyczne przyciski są wygodniejsze, a przede wszystkim bezpieczniejsze w użyciu – szczególnie podczas jazdy. Łatwiej jest zapamiętać „na wyczucie” gdzie znajduje się dana opcja niż rozpraszać się i zerkać na ekran. Kiedyś dodatkowym argumentem potwierdzającym moją teorię był jeszcze czas reakcji urządzeń dotykowych. Nie było nic bardziej irytującego niż oczekiwanie na reakcję panelu na nasz dotyk. Producenci zazwyczaj zaciekle bronili się, tłumacząc to jak trudno jest zrobić system, który będzie zawsze dobrze funkcjonował w każdych warunkach atmosferycznych. Jesteśmy przecież jedną globalną wioską.

Volvo jednak pokazało, że mimo iż pochodzą z kraju, które omijają bociany, a podstawowym wyposażeniem każdego domu jest sauna, da się zrobić wyświetlacz, który działa błyskawicznie. Ani razu przez cały mój test nie musiałem czekać na wykonanie poleceń, niezależnie czy przewijałem cały ekran czy wybierałem poszczególne opcje.
Moją niechęć do tych rozwiązań powoli tłumaczę postępującą starością, z drugiej strony gdyby wszystkie opcje i funkcje samochodu miały mieć swój osobny przycisk, to tunel środkowy kończyłby się w przyczepie za samochodem. Do tego jednak jeszcze przejdziemy.

Pod łokciem znajdziemy bowiem jeszcze więcej kontrowersji. Volvo zawsze znane było z harmonii i z symetrii. To kolejny element, z którym zerwano. Wszystko jest teraz przybliżone kierowcy, a zdecydowanie najdziwniejszym elementem całego samochodu jest kryształowa kula… tzn. lewarek do zmiany trybów jazdy, który w wersji T8 jest standardem. Wykonany przez Orrefors Sweden jest… dziwny. W moim odczuciu zaburza trochę całość wnętrza, ale z pewnością znajdą się miłośnicy błyszczących rzeczy, który wyprowadzą mnie z tego błędu.

Dalej znajdziemy wystający klocuszek, którego tak strasznie obawiał się przed testem Artur. Małe pokrętełko jest bowiem nieodzownym elementem samochodu – służy bowiem do uruchamiania silnika. W tak ogromnym i potężnym samochodzie, tak drobny element wydaje się być pierwszym gadżetem, który przez przypadek wyleci przez boczny balkon po kontakcie z łokciem. Na szczęście po pierwszym kontakcie z samochodem mogę śmiało stwierdzić, że nie macie się czego obawiać „Artury” tego świata. Pokrętło choć dziwne, nie przeszkadza, nie utrudnia i zdecydowanie nie da się go urwać – choć przyznam, że nie próbowałem tego robić w tym kosztującym grubo ponad 370 tys. zł samochodzie.

Zanim jednak doszedłem do tego wniosku, mając obawy Artura w głowie, najadłem się nie lada strachu. Po przekręceniu „dynksa” z napisem ENGINE absolutnie nic się nie stało. Fakt – usłyszałem jakiś bzyk, ale uznałem, że znów odbieram fale mojego telefonu komórkowego. Jeśli będziecie nieostrożni i w poszukiwaniu usterki wciśniecie pedał gazu w podłogę, po chwili możecie znaleźć się w innym wymiarze.

Prawda jest taka, że w chwili przekręcenia „ENGINE” bezszelestnie budzi się do życia elektryczny silnik T8’emki. Wciśnięcie pedału gazu spowoduje równe ciche i bezszelestne ruszenie samochodu. Dopiero gdy noga dotknie podłogi apartamentowiec w pełni budzi do życia swoją kinetyczną energię i 2 litrowy silnik. Zanim uda wam się zaśmiać ze skromnego silniczka, prawdopodobnie licznik w takiej sytuacji przekroczy już magiczną barierę 100km/h. Macie na to dokładnie 5,6 sekundy. Potem śmiać się może co najwyżej patrol drogówki.

Łączna generowana moc tego monstrum to ponad 400KM (niektóre źródła podają, że jest to 408KM). Nie ma osoby, na której taka moc i takie przyspieszenie, w TAKIM samochodzie nie zrobiłoby wrażenia. Ostatecznie 8 biegowa, automatyczna skrzynia biegów doprowadzi Was do 230km/h, ale mógłbym się zakładać, że nigdy takiej prędkości nie osiągniecie. Nie dlatego, że się nie da albo przez pomyłkę przebijecie się do garażu sąsiada. Volvo XC90 po prostu do tego absolutnie nie zachęca.

Styl w jakim zostało stworzone to Volvo, sprawia że za każdym razem gdy do niego wsiadałem, było mi głupio, że nie mam na sobie smokingu, ewentualnie stroju golfisty. Nawet z głośników zamiast ciężkich brzmień wolałem by grała muzyka klasyczna. Do tego ostatniego elementu z pewnością przyczynił się pakiet 19 głośników dopalany 12-kanałowym wzmacniaczem o mocy 1400 W. Za to odpowiedzialna jest firma Bowers & Wilkins, na dźwięk której pewnie nie jeden audiofil ma właśnie dreszcze nie tylko na plecach. Mógłbym używać wielu przymiotników by spróbować opisać jakość dźwięku, ale może wystarczy, że dodam jak nazywa się jeden z trybów odsłuchu: Gothenburg Concert Hall. Zapewniam Was – działa. To niepodważalnie najlepszy system audio jaki kiedykolwiek słyszałem, w sam raz dla układu napędowego, który raczej nie porywa swoją akustyką – choć z drugiej strony nie takie też było jego zadanie.

Jeśli jednak coś Was podkusi by dynamiczniej poruszać się XC90 – jest do tego przeznaczony tryb, po prostu nazwany SPORT. Czasami miałem jednak wrażenie, że i w tym przypadku chodzi o grę w golfa. Oczywiście samochód potrafi szybko jeździć, trzymać się na zakrętach i hamować tak jakbyście przez lewy balkon wyrzucili kotwicę. Tylko najpierw musielibyście wyłączyć wszystkie tryby wspomagania. A to troszkę zajmie.

Wymiana ich wszystkich absolutnie nie ma sensu, bo gdybym zaczął się rozpisywać o ACC, LKA, QA, CS, EBL, ECC, RSI to prawdopodobnie pomyślelibyście, że podczas pisania tego tekstu dostałem zawału. Mogę za to opisać wrażenia z jazdy. To tutaj znalazłem swojego wiernego – choć cyfrowego – kamerdynera. Pomoże Wam poruszać się w korku, trzymając odpowiedni dystans za poprzedzającym samochodem, odpowiednio zwalniając i przyspieszając. O czytnikach pasów, znaków i aktywnych tempomatach nawet nie wspominam, bo jest to w tym przypadku oczywiste. Alfred – bo tak nazwałem mojego pomocnika – pomoże Wam ruszyć pod górkę, nie pozwoli się z niej stoczyć, a nawet sam skoryguje kierunek jazdy jeśli stwierdzi, że coś nam nie idzie. To bardzo dziwne uczucie, szczególnie przy większych prędkościach, gdy nagle samochód… tzn. Alfred wraca na pas którym jechaliście, hamuje przed zajeżdżającą Wam drogę ciężarówką, a gdy z drogi znikają przeszkody jakby nigdy nic wraca do ustawionej wcześniej prędkości.

To wszystko sprawiło, że poczułem się trochę jak dziecko, które odrabia lekcje pod nadzorem rodzica, który raz na jakiś czas syknie cicho sugerując korektę, a w bezradnej sytuacji sam wskaże rozwiązanie. Były nawet momenty, że jako kierowca czułem się trochę zbędny. Problem w tym, że absolutnie nie jestem jeszcze gotów na to by w pełni zaufać wirtualnemu pomocnikowi, nawet jeśli nazywa się Alfred. Dla mnie najważniejszą funkcją jest możliwość wyłączenia większości systemów, choć pewnie za kilka lat będę to wszystko odszczekiwać.

Gdy więc poddamy się naciskom otoczenia, atmosfery i wszystkich systemów, a nasza droga będzie przebiegać delikatnie i spokojnie, zostaniemy za to wynagrodzeni. Po pierwsze napęd w pełni elektryczny, który na jednym doładowaniu potrafił w naszych testach wygenerować ok. 27km miejskiej jazdy. Przy okazji warto zaznaczyć, że ten wynik może się różnić, ponieważ w przypadku baterii wpływ na zasięg mają nie tylko warunki pogodowe, ale i pora roku.

Co powinno Was bardzo ucieszyć to tryb hybrydowy. Tutaj w jeździe miejskiej uzyskaliśmy wynik w granicach 7,5l co jak na SUV’a uważam za fantastyczny wynik. Na autostradzie przy prędkościach 140km/h wynik był już znacznie wyższy – 12l – ale i w tym przypadku myślę, że nie jeden duży samochód miałby problem. Na ile XC90 można uznać za ekonomiczny pojazd pozostawię już Waszej ocenie.

Podsumowując, śmiało mogę stwierdzić, że Volvo zaliczyło absolutnie udany powrót. XC90 wytacza nowe trendy dla tej marki i pokazuje, że słynne logo nie zniknie tak szybko z naszego rynku, a wręcz przeciwnie. Plany mają bardzo ambitne i z pewnością warto trzymać za nich kciuki, choćby dlatego, że dobra kondycja finansowa może skusić producenta do większej ilości samochodów spod znaku Polestar.

Jak osobiście nigdy nie byłem wielkim fanem SUV’ów, tak w tej kategorii zawsze niedoścignionym wzorem był dla mnie Range Rover. Pogoń wszystkich producentów za samochodami tej gamy sprawiła jednak, że jest to chyba obecnie najszybciej rozwijający się gatunek. Pozycja mistrza po raz kolejny została poważnie zagrożona. Nowe hybrydowe XC90 jest tańsze od swojego konkurenta, wygląda fenomenalnie, a w środku można urządzić nie tylko parapetówkę, ale i prawdziwy koncert. W Europie w pierwszym roku sprzedaży ten właśnie model znalazł już ponad dwa i pół tysiąca swoich wyznawców. W tym roku dwa z dziesięciu produkowanych XC90 to modele T8. Najwyraźniej osób myślących podobnie do mnie jest więcej.

Za udostępnienie samochodu do testów dziękujemy Volvo Auto Bruno ze Szczecina. Pamiętajcie też o pełnej galerii i odcinku specjalnym.

Okiem Artura: 
Długo myślałem nad tym, co napisać o szwedzkiej willi, ale jakoś nie miałem weny. Z SUVami zawsze miałem trochę na pieńku i wydawało mi się, że nie wypada mi pisać dobrze o XC90. Niestety, nie mogę napisać o największym Volvo ani jednego złego słowa, bo po prostu bardzo mi się spodobało. Spośród SUVów zawsze lubiłem Range Rovery, podobał mi się Land Cruiser i Grand Cherokee, a BMW X5 i Audi Q7 wydawały się akceptowalne. Jednak od czasu spotkania ze skandynawskim kolosem mam nowego lidera tej listy. Świat z pewnością byłby monotonny, gdyby wszystkie SUVy wyglądały jak XC90, ale miałby za to więcej klasy.

Okiem Michała: 
jeszcze myśli