Blog

TEST: Suzuki Ignis

Autor:  | 

Jak często spotykacie się z ludźmi, którzy narzekają, że tęsknią za „dawnymi czasami” i nieustannie marudzą, że „kiedyś to była motoryzacja”. Nie to co teraz. Gdy następnym razem spotkacie kogoś takiego, możecie go rzucić Suzuki Ignisem. Tak, całym samochodem.

Mój pierwszy akapit testu miał się skupić na wielkości najnowszego wynalazku japońskiego koncernu. Wystarczy, że na niego spojrzycie. Przez podwyższony dach, samochód wygląda jakby stał się przypadkowym uczestnikiem wyjątkowo zaciekłej walki zapaśników sumo. Wrażenie dodatkowo potęgują bardzo duże „oczy” z tyłu samochodu, które optycznie zdecydowanie pomniejszają samochód. W zasadzie wszystkie zabiegi stylizacyjne wykorzystane przy produkcji Ignisa miały na celu jego optyczne pomniejszenie.

Ja się nabrałem. Całą drogę do domu rozmyślałem nad zabawnymi porównaniami i odniesieniami do Godzilli i samurajów. Wszystko do momentu, w którym nie zajechałem do garażu, gdzie zaparkowany było nasze DoDechowe MINI. Zaparkowałem obok, wysiadłem i zgłupiałem. Katalog twierdzi, że w pomiarze długości, Ignisa jest mniej o prawie 30cm. Brzmi jak ogromna różnica. Spodziewałem się więc, że małe Suzuki będę mógł spokojnie zmieścić w ukrytym schowku MINI. 30cm to jednak nie jest dużo. To mniej więcej długość mojego buta.

Diabeł, a może w tym przypadku Ognik – tkwi w szczegółach. Ignis jak wspominałem jest bardzo wysoki, a przy tym krótki i wąski. Wygląda więc dziwnie, ale z drugiej strony absolutnie nie można przejść obok niego obojętnie. Rozeznałem się wśród znajomych i nikt – nawet te osoby dla których samochody to tylko maszyna do przemieszczania się od punktu A do B – nie był obojętny. Albo się go nienawidzi, albo kocha. Nic pomiędzy.

Jeśli zaliczycie się do tej drugiej grupy to Ignis będzie was bawić na każdym kroku. Najdziwniej jest wewnątrz tego samochodu. Jako osoba o większych gabarytach, miałem wrażenie, że mogę poprawiać prawe lusterko bezpośrednio z fotela kierowcy. W zasięgu ręki miałem też całą tylną kanapę, a gdybym się postarał i to i pewnie bagażnik. Z drugiej strony, nad głową miałem tyle miejsca, że mógłbym podróżować w cylindrze – dla niewtajemniczonych przypominam, że wystaję prawie 2m ponad ziemię. To robi wrażenie.

Zaskoczyła mnie również możliwość przesuwania tylnej kanapy. Jeśli podobnie jak ja, na tylnych fotelach wozicie głównie psy, to w prosty sposób możecie sobie zwiększyć pojemność bagażnika.
Zastanawiacie się też pewnie, jak jeździ się takim samochodem. Tutaj mam mieszane uczucia. Pierwsze wrażenia są doskonałe. Dzięki wąskiemu rozstawieniu kół, Ignis jest absurdalnie zwrotny i zwinny. Jego promień zawracania to 4,7m. To pierwszy samochód jaki testowałem, gdzie nie miałem ochoty jeździć z wykorzystaniem nawigacji, licząc po cichu na to, że się zgubię i będę musiał zawracać. W dobie coraz większych samochodów, zawracając Suzuki, ma się wrażenie, że robi to w miejscu. Gabaryty i wysokość sprawiają też, że kierowca ma świetną widoczność w każdym kierunku. Krótki tył samochodu ułatwia manewrowanie, szczególnie podczas parkowania na kopertę.

Trochę do życzenia pozostawia niestety zawieszenie. O ile w mieście nie poczujecie różnicy, tak jeśli tylko pojawicie się na drodze brukowanej to amortyzatory zaczną przypominać o swoim położeniu. To o tyle zaskakujące, bo Ignis jest też sprzedawany z napędem na wszystkie koła. Suzuki chwali się też, że dzięki systemowi AllGrip, samochód poradzi sobie z polnymi i wiejskimi drogami. Nie zaprzeczę, choć z pewnością nie będzie to najbardziej komfortowa podróż waszego życia.

Najbardziej zawiodłem się jednak na hałasie. Podobnie jak w poprzednim przypadku – wszystko zależy od tego gdzie i jak macie zamiar wykorzystywać swój samochód. Wyjazd Ignisem na drogi szybkiego ruchu, bardzo szybko sprawia, że hałas musimy zagłuszać muzyką. Pocieszający jest natomiast fakt, że system nagłośnienia marki Kenwood, radzi sobie z tym bardzo dobrze, a jeśli podkręcimy odpowiednio basy to bez problemu możemy udrożnić sobie zatoki.

Wróćmy jednak do moich tytułowych miłośników dawnej motoryzacji. Jeśli spotkacie się z taką osobą zaproście ich do Ignisa. W środku panuje absolutny minimalizm. Przycisków jest jak na lekarstwo, a większość z nich służy wyłącznie do obsługi klimatyzacji. W dodatku pięciobiegowa manualna skrzynia biegów, proste wskaźniki – zupełnie jak za starych czasów. Czuć ducha retro. To 100% japoński samochód, który w żaden sposób nie został przystosowany do gustu Europejczyków. I bardzo dobrze! W końcu coś co wyróżnia się z tłumu, jest inne i nietypowe.

Pewnie myślicie, że skoro Ignis jest taki „retro” i stworzony pod miłośników faksów i kaset VHS to jest pozbawiony wszelkiej technologii. Nic bardziej mylnego. Gadżety i systemy jak najbardziej są – z tą różnicą, że są sprytnie ukryte. Jest oczywiście tempomat, kamera cofania czy Lane Assist. Jest też system ostrzegania przed kolizją, który sprawdza się nawet w przypadkach przechodniów, który nagle stwierdzają, że potrzebują iść w przeciwnym kierunku. Przy wyższych prędkościach samochód stale monitoruje tor jazdy i jeśli twierdzi, że w przypływie euforii zbyt dynamicznie i zbyt często zmieniamy tor jazdy, na wszelki wypadek nas o tym poinformuje. Na dodatek jeśli nie potrzebujemy napędu 4×4 możemy zdecydować się na wersję hybrydową, która jeszcze bardziej obniży poziom spalania.

W moim teście 1,2l silnik zamontowany pod maską Ignisa w cyklu miejskim spalał średnio 5,1l. Strach się bać, ile ten samochód potrafi nie spalać w wersji hybrydowej.
Dla kogo zatem jest nasz dziwny japoński przyjaciel? Z pewnością dla osób, które mają poczucie humoru i pozytywne nastawienie do życia. Gwarantuje wam, że jeśli kiedykolwiek spotkacie właściciela Ignisa, będzie to bardzo pozytywnie zakręcona osoba. Nie ma innej opcji. Nawet Suzuki podchodzi do swojego dzieła z humorem, plasując go w gamie jako „ultrakompaktowy SUV”.
Pozostaje jedynie kwestia ceny jaką jesteśmy w stanie zapłacić za indywidualizm i dobry humor. Ceny Suzuki zaczynają się od 49 900zł, ale najbardziej kuszą wersje z pełnym wyposażeniem i napędem hybrydowym. Tutaj kwota przekracza już 79 000zł.

Trudno więc jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy warto mieć Ignisa. To świetny, mały i sprytny miejski samochodzik. W jego cenie można mieć całą gamę innych większych i praktyczniejszych samochodów. Pytanie tylko czy większy bagażnik bardziej poprawi Wam humor niż sam samochód.

Za użyczenie samochodu dziękujemy firmie Auto Club Suzuki ze Szczecina. Jeśli nadal nie zdecydowaliście czy Suzuki Ignis Wam się podoba czy nie, może swoją odpowiedź znajdziecie w naszej pełnej galerii zdjęć.