Blog

TEST: MINI JCW

Autor:  | 

Często bywa tak, że coś w ogóle ciebie nie interesuje, nie obchodzi i jest ci całkowicie obojętne. Jesteś w jakiś sposób ukierunkowany i strasznie konserwatywny. Podążasz wytyczoną przez siebie drogą. Kiedy dojdzie się do takiego stanu osobowości, na początku staje się to bardzo absorbujące. Później zaczyna się to podobać tobie oraz otoczeniu. Następnie jest moment, który w podręczniku można by opisać jako: „wchodzenie w krew”, zachowanie autonomiczne. Na końcu następuje stagnacja…

Cały ten proces dotyczy życia codziennego, rodzinnego i zawodowego. W związku z tym odnosi się również do dokonywania wyborów odnośnie osób i rzeczy. Struktura wyborów rzeczy jest dość skomplikowana. Postarajmy zatem ograniczyć się do trzech monumentalnych priorytetów: mianowicie do ubrań, alkoholu i… może jednak do jednej.
Pamiętam, że był piękny lipcowy dzień. Poprzedniej nocy walczyłem z hamulcami w Fiacie. Musiałem je naprawić, gdyż nazajutrz miał mnie odwiedzić mój kolega, który jest specem odnośnie obsługi technicznej FSO. Musiałem mieć więc sprawne hamulce, żeby dotrzeć do garażu wyposażonego w „kanał”. Tarcze i klocki zaczęły działać jak należy, odpowietrzyliśmy sprzęgło i jeszcze raz układ hamulcowy. Fiat mógł spokojnie dalej docierać swój wyremontowany silnik.

Podsumowując był to wspaniały, pracowity i bardzo efektywny dzień. Na szczęście każdy z nich, nawet ten nieudany, posiada taki sam schemat co pozostałe: ranek, popołudnie i wieczór (mój ulubiony). Ten właśnie nastał. Zbieraliśmy się już z garażu, a tu nagle wiadomość z redakcji DoDechy: „MAMY COŚ. PRZYBĄDŹ JAK NAJSZYBCIEJ.” Z reguły wtedy oznacza to, że jest jakaś robota dla mnie. Ubieram wtedy smoking, wsiadam do Mercedesa i pędzę do redakcji. Nie miałem smokingu, tylko kombinezon w smarach i FIATA, który się docierał.

Popędziłem. Byłem ciekaw co mogą mieć dla mnie moi koledzy, pewnie coś z tylnym napędem, coś szybkiego, silnik z przodu, może z tyłu… umieszczony centralnie? Ile cylindrów? Coś starego – tak na pewno coś starego – klasycznego, inaczej nie zawracaliby mi głowy. Przecież wiedzieli o tym, że naprawiam dziś FIATA. Pędziłem nadal, miałem do przejechania 15km, dlatego po zaledwie 45 minutach byłem na miejscu.

Nie mogę powiedzieć gdzie znajduję się nasza redakcja, ponieważ jest to tajne miejsce. Nawet ja nie wiem gdzie to dokładnie jest, przybywam tam zawsze intuicyjnie. Przed naszym miejscem spotkań zastałem ucieszonego Pawła, który trzymał w ręku kluczyki. Wypowiedział słowa: „mamy go do jutra, chcesz potestować do rana?”. To coś miało trzy kolory, było nowe. Wyglądało jak te młode, niewysokie dziewczęta z siłowni. W ogóle nie mój typ. Nie odpowiedziałem nic, po czym usłyszałem: „on jest bardzo szybki i nie musisz włączać radia”. Na początku wyglądał mi na standardowe MINI.

John Cooper urodził się w 1923 roku, niestety zmarł w roku 2000. Podczas swojego zawodowego życia robił, a w zasadzie konstruował bardzo ciekawe urządzenia, które noszą nazwę samochodów wyścigowych. Każdy facet chciałby zajmować się tym zawodowo. Sam również się ścigał. Debiutował w Grand Prix Monaco w 1958 r. Zwyciężył 16 razy w tym 2 razy w mistrzostwach konstruktorów. Na początku lat 60’ zabrał się za samochodziki marki MINI, a w roku 1961, po znacznych modyfikacjach wprowadził te auta do motosportu.

Tak, dostałem do przetestowania MINI w najmocniejszej wersji JOHN COOPER WORKS. Auto posiada dwulitrowy, doładowany silnik o mocy 231 KM. Na niektórych zapewne nie robi to wielkiego wrażenia, ale należy pamiętać, iż ten motor został włożony do MINI – niedużego kompaktu. Pobrałem kluczyki, dowód i podpisałem dokumenty. Wsiadłem. Poczułem się dosyć przyjaźnie. Kubełkowe fotele, wszystko zwarte i ergonomiczne jak na obecne MINI przystało. Odpaliłem silnik przy otwartych drzwiach. Usłyszałem wspaniały gang z wydechu, który tak jakby nie zdążył spalić całego paliwa w komorze spalania. Uwielbiam ten odgłos w każdym aucie, które tak potrafi, a ja przecież nim jeszcze nie ruszyłem.

Akurat tak się składało, że musiałem odwieźć mojego speca od FSO do pobliskich Polic, które oddalone są od naszej redakcji o jakieś 25km. Zaprosiłem kolegę do wnętrza i zza tyłu pojazdu usłyszałem: „on ma trzy tryby jazdy, wliczając w to tryb sport”. Auto wyposażone w skrzynie automatyczną z możliwością przejścia na „łopatki” posiadało tryby jazdy. Przełącza się je sporym pokrętłem, znajdującym się pod obudową lewarka skrzyni biegów. Jest tryb do jazdy normalnej, jakiś tam i do jazdy sportowej.

Ruszyliśmy na „NORMALU” i wtedy jeszcze nic nie zaczęło się dziać, oprócz wspaniałego gangu silnika. Nastał czas, kiedy wyjechaliśmy po za teren zabudowany i przełączyłem na „SPORT”. Gang silnika uwydatnił się, zaczął naprawdę ryczeć. Postanowiłem wcisnąć gaz, ale tak nie do „KICK DOWN”, tylko gwałtownie i mniej więcej na 2/3. Gdyby to było cabrio, nasza twarz falowałaby jak podczas skoku spadochronowego z wysokości 5000m.

Uwielbiam to wrażenie, ale do tej pory odczuwałem je tylko w tych super szybkich samochodach. Mój kolega stwierdził, że chyba zaraz będzie na miejscu, więc nie będzie dzwonił do domu, że już wyjeżdża. Auto po każdym odjęciu nogi z gazu wydawało z siebie zachrypnięty gang spalającego się w tłumiku paliwa. Było wściekłe, gdyż chciało popędzić naprzód, a w koło ograniczenia do 70 km/h, ponieważ w naszym kraju na drogach musi być bezpiecznie i prawidłowo, mniejsza z tym.

Dotarliśmy na miejsce i odstawiłem pod dom mojego przestraszonego już kolegę, który stwierdził, iż to cholernie sztywno zawieszone auto i że w jego Polonezie podróżuje się inaczej. Bez komentarza. Podziękowałem za pomoc przy Fiacie i zacząłem się oddalać.

Wracając do Szczecina zastanawiałem się oczywiście (cały czas w trybie SPORT), co ja z nim dzisiaj będę robił? Gdzie go przetestować? Wymyśliłem, że pojeżdżę trochę po mieście nocą i wystarczy (ograniczał mnie limit kilometrów), przecież lata świetlne tak nie robiłem. Decyzja zapadła. Skonsumowałem kolację i ruszyłem.
Po raz kolejny raz tego wieczoru trochę sam się oszukałem. Po pierwsze świetnie się bawiłem w nowym samochodzie z przednim napędem i czterocylindrowym silnikiem, a po drugie trochę pojeździłem po mieście, ponieważ, żeby dojechać do autostrady należy przejechać przez centrum.

Sam pojazd zawieszony jest bardzo agresywnie, rozłożenie mas wydaje się świetne, ciężko wprowadzić je w niekontrolowane zachowanie. Układ kierowniczy jest tak czuły, jak najbardziej ukrwione części ludzkiego ciała, ale w przeciwieństwie do nich zarazem, bardzo precyzyjny. Hamuje tak, że potrafi zatrzymać się w miejscu w jednej chwili, a to za sprawą ogromnych, wentylowanych tarcz, które skrupulatnie wypełniają 18 calowe felgi. Auto wydaje się dosyć przewidywalne, pomimo tego, iż przyśpiesza od 0 do 100km/h w nieco powyżej 6 sek. Jednak….

Dotarłem do pierwszego wjazdu na autostradę, była godzina 23.45. Pusto i cicho. Pustki w pełni nie wypełniłem, ale z ciszą dałem sobie radę. W trybie sport i z „łopatkami” auto uzależnia od przyśpieszenia. Staje się jeszcze bardziej agresywne niż wygląda. Noc i rozmazana rzeczywistość. Niczego więcej nie dodam odnośnie wrażeń z jazdy, ponieważ nie lubię objawiać swojej uczuciowej strony osobowości.

Radio milczało cały czas, pomimo, jak twierdzi Paweł, świetnego systemu nagłośnienia Harman Kardon. Nie musiałem go używać. Zbliżałem się do garażu, była godzina 00.15, a ja już kończyłem swój limit kilometrów. Zaparkowałem wóz, nalałem sobie lampkę wcześniej zakupionego brandy. Ten napitek tu nie pasował, powinienem spożyć jakiś izotonik. Byłem pełen emocji, a rzadko mi się to zdarza. „Pora kończyć i zamknąć garaż” – powiedziałem sam do siebie zamykając go o 02.30…..

Podsumowując – nie mam do czego się przyczepić. Podobało mi się wszystko, może oprócz wyglądu. Pod względem designu to nie wóz dla mnie, ale zapewne znajdzie on swoich nabywców. Jest to pojazd, który jest stworzony dla przyjemności. Jest zabawką i można ją używać na co dzień.

Chciałbym jeszcze dodać, iż przełamałem swoje konwenanse, ponieważ zachłysnąłem się hatchbackiem z przednim napędem i czterocylindrowym silnikiem, a do tej gamy aut kwalifikowałem tylko VW Golfa GTI Mk 1.

A cóż na to sam John Cooper… myślę, że uśmiecha się teraz pod nosem, iż pomimo utycia obecnych MINI, po bawarskich przekąskach, nadal potrafią cieszyć kierowcę o zacięciu sportowym.

Podczas pisania tego artykułu nie spożywałem żadnego Brandy ani żadnego innego alkoholu (to mnie odpręża podczas tej czynności), wypaliłem za to kilka papierosów, których oficjalnie nie palę. Ten artykuł nie należy do szybkich, w przeciwieństwie do opisywanego w nim auta.

Oczywiście jak zawsze zapraszamy do pełnej galerii. Za wypożyczenie samochodu dziękujemy salonowi MINI Bońkowscy ze Szczecina.

Okiem Pawła:
Bardzo długo biłem się z myślami i chłopakami o napisanie testu tego samochodu. Ostatecznie zostałem przegłosowany bo jako posiadacz MINI mógłbym być nieobiektywny. Ale przynajmniej w tych kilku słowach mogę dać upust emocjom. JCW to definicja hothatcha. Petarda wydająca dźwięki popcornu. Genialna zabawka, która wygląda odjazdowo. To jeden z tych samochodów, które najciężej było mi oddawać.

Okiem Artura:

MINI John Cooper Works jest wspaniały pod niemal każdym względem. Prowadzi się doskonale, brzmi wyśmienicie, zachwyca stylem i gracją. Kiedy wsiadłem za jego kierownicę po raz pierwszy, od razu wiedziałem, że czeka mnie naprawdę udany dzień. Nie zawiodłem się ani trochę. Niestety, potem musiałem go oddać i za to szczerze go nienawidzę.