Blog

TEST: MINI Countryman Cooper S ALL4

Autor:  | 

Gdybym pisał swoje testy motoryzacyjne odręcznie, to z pewnością obok mnie leżałby teraz stos zmiętolonego papieru i powykreślanych myśli. W końcu po tylu latach, przytrafił mi się samochód tak dobry, że sam zacząłem kwestionować swoje odczucia. Dawno nie miałem też tak potężnego dylematu.

Od zawsze zazdrościłem chłopakom, że mieli swój jeden wymarzony i ukochany samochód. Słynny Mercedes W124 Coupe, był cichym bohaterem wielu odcinków naszego podcastu. Ja nigdy nie mogłem znaleźć dla siebie takiego samochodu, którego darzyłbym, aż takim uczuciem. Owszem, są samochody które lubię, które mi się podobają i które chciałbym mieć. Ba, są ich setki. Koniec końców jednak bardzo rzadko spotykam się z takimi, które potrafią tak kompletnie podziałać na moje zmysły i mają to magiczne „coś”.

Dlatego już na samym wstępie przyznam się szczerze – absolutnie oszalałem na punkcie najnowszego MINI Countryman Cooper S ALL 4 z pakietem John Cooper Works. Ostatnich kilka dni spędziłem na duchowej wycieczce po głębi samego siebie, by zrozumieć dlaczego tak się stało.

Z początku myślałem, że to moja kilkuletnia fascynacja marką. Swoje MINI mam już ponad dwa lata i przez ten czas sprawdziło się w przeróżnych warunkach. Pomagało w przeprowadzkach, zabrało 3 facetów – w tym zabierającego wszystko z mieszkania Michała – na prawie tydzień do Genewy i towarzyszy mi każdego dnia. Uwielbiam go, uwielbia moja dziewczyna i uwielbiają psy. Jego pomarańczowy kolor nieustannie powoduje uśmiech u innych osób.

Z drugiej strony to też wystarczający czas, bym mimo całej tej fascynacji obył się z samochodem. Nie znudził mi się ani na chwilę, ale wiem, że już mnie niczym nie zaskoczy. Dlatego przed testem nowego Countryman’a, nie miałem wielkich oczekiwań. Po Clubmanie z rozbieżnym zezem, spodziewałem się po prostu Coopera na sterydach. Tym bardziej nie spodziewałem się, że może wywołać we mnie emocje porównywalne z JCW. Tak bardzo się myliłem.

Zaczęło się od wyglądu. Samochód wygląda dziwnie. Jest odrobinę jakby przerysowany, może wręcz lekko karykaturalny, choć w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Samo to sprawiło już uśmiech na mojej twarzy. Nowy Countryman optycznie wydaje się być mały, dopóki nie postawimy go obok innego samochodu, który jest w stanie bez problemu schować się w jego cieniu. Znając go wcześniej tylko z prasówek miałem wrażenie, że to kolejny chwyt przygotowany przez sztab tęgich marketingowych głów. Na żywo jednak samochód do mnie przemawia. Ten wygląd, ta lekko kanciasta bryła, podwyższone zawieszenie sprawia, że gdzieś z tyłu głowy zapala się mała lampka.

Gdybym był psem to z pewnością dogoterapeuci powiedzieliby, że uruchomił się we mnie instynkt – instynkt przygody. Dla uspokojenia czytelników o słabszych nerwach, pragnę poinformować, że nie zerwałem z siebie ubrań i nie wybiegłem w pole w pogoni za bażantami. Nie miałem natomiast kompletnie jechać MINI po usztywnionej drodze.
Kropkę nad „i” postawił Pan Maciej z MINI Bońkowscy od którego odbierałem samochód. Zasugerował, że powinienem spróbować nowego gadżetu, który pojawił się w tej generacji MINI o bardzo poważnie brzmiącej nazwie – MINI Country Timer. Z początku zaczyna się niewinnie. Po uruchomieniu funkcji na nowym wyświetlaczu centralnym – o jeszcze wyższej rozdzielczości od poprzedniego – pojawia się nasz samochód w wersji animowanej. Obok niego wyświetlają się dwa wskaźniki, które analizują po jak mocnych wertepach jeździmy oraz serduszko, które sugeruje odczuwaną przez nas ekscytację. To jednak nie koniec. Im więcej jeździmy po bezdrożach – tym więcej gwiazdek zdobywamy. Jako zapalony gracz i miłośnik zbierania listków, cyferek i kolorowych wykresów – było to coś co sprawiło, że moim pierwszym celem podróży był las.

Warunki były perfekcyjne. Zmarznięta ziemia pokryta grubą warstwą lodu, na której jedynymi pojazdami jakie odcisnęły swój ślad były samochody terenowe i ciężki sprzęt. W sam raz dla czerwonego wariata z napędem na cztery koła i prawie dwustoma końmi mechanicznymi pod prawą nogą. Podczas mojej wyprawy ograniczały mnie tylko dwie rzeczy: zdrowy rozsądek, który cyklicznie przypominał, że samochód nie należy do mnie oraz szlabany, które sugerowały, że ta część lasu to już jednak nie dla mnie.

Ostatecznie na łonie natury spędziłem kilkadziesiąt kilometrów. Nigdy nie zapuszczałem się tak głęboko w las samochodem. Bawiłem się niesamowicie. Bywały nawet momenty, w których przechył samochodu uniemożliwiłby mi swobodne otwarcie drzwi. Ale MINI pokonywało wszelkie nierówności terenu bez ziarenka wysiłku. W dodatku przeszklony dach wpuszczał do kabiny dużo światła, co pozwoliło mi docenić wszystkie zmiany jakie zaszły w środku tego samochodu.

Oczywiście nowy Countryman został w środku stworzony na wzór obecnej generacji Coopera i Countrymana. Na szczęście projektanci postanowili zmienić wystarczającą ilość elementów wystroju, by nie czuć się w nim dokładnie tak samo jak w każdym innym MINI. Inne wloty powietrza, zmieniony kształt deski rozdzielczej oraz oczywiście zdecydowanie więcej miejsca dla kierowcy i pasażera.
Wspominałem też o nowym wyświetlaczu, który od obecnej generacji ma też możliwość obsługi dotykowej. Tutaj w końcu mogę na coś ponarzekać. Niestety, ale z bólem serca muszę przyznać, że to co tak bardzo podoba mi się w moim samochodzie, tutaj zostało przekombinowane. Zdaję sobie sprawę, że nowy Countryman ma niezliczoną ilość nowych funkcji i gadżetów, ale wprowadzenie dodatkowej możliwości wpisywania danych tylko wszystko niepotrzebnie skomplikowało. Nawigacja nie jest już taka intuicyjna, a „szybkie wyszukiwanie” tylko z pozoru jest szybkie. Co prawda wyniki, po wpisaniu danej frazy czy adresu pojawiają się błyskawicznie, ale zazwyczaj dotyczą kompletnie innego miasta niż tego w którym się obecnie znajdujemy. Obsługa nawigacji stała się więc średnio wygodną żonglerką pomiędzy pokrętłem, które mamy przed skrzynią biegów, a ekranem dotykowym. Nawet coś tak banalnego jak sparowanie telefonu z samochodem zajęło mi absurdalnie dużo czasu. Z pewnością jest to coś co można poprawić, ale póki co działa to średnio.

Muszę natomiast pochwalić element, który bardzo łatwo przeoczyć. Kamerę cofania. Tak, pewnie myślicie, że jestem mistrzem wynajdowania najdziwniejszych funkcji w samochodach, ale ta kamera zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Jakoś obrazu jest najlepsza jaką kiedykolwiek widziałem w samochodach cywilnych. Aż się prosi by kamery były zamontowane dookoła samochodu by wyświetlać obraz w 360 stopniach w wysokiej rozdzielczości. Bajka, ciężko będzie się na nowo przyzwyczajać do lekko rozmazanych obrazów w pozostałych markach.
W końcu zdecydowałem się wyjechać na drogi publiczne. Rozszerzone źrenice, uśmiech na twarzy od ucha do ucha niczym z horrorów klasy B jasno sugerował mocne stężenie endorfiny. Potwierdzało to również MINI na wyświetlaczu, które po tej przygodzie zamieniło się w monster trucka. Gdyby w chwili wyjazdu z lasu zatrzymał mnie patrol drogówki trafiłbym z pewnością na badania nawet bez testu jakimikolwiek przyrządami.

Można mówić wiele o marce MINI. Można im zarzucać, że pod rządami BMW zatracili gdzieś dawnego ducha. Nie są to już malutkie, tanie samochodziki o śmiesznych kółeczkach i wygodzie porównywalnej z upadkiem z piątego piętra. Jednego natomiast absolutnie nie można im zarzucić. Że są nudne. Nie ma na świecie drugiej takiej marki do której podchodziłbym z takim uśmiechem i która by wywoływała u mnie taką radość. Dla takich samochodów jak ten wyrabiałem sobie prawo jazdy.

MINI pragnie przygód, a jego nazwę – Countryman – trzeba brać absolutnie na poważnie. Jazda po asfalcie to dla tego samochodu kara, choć na utwardzonej nawierzchni w trybie Sport radzi sobie genialnie. Dwa ruchy palcem i samochód w trybie Green staje się grzeczny i potulny. Kolejne dwa ruchy i momentalnie znów usztywnia się zawieszenie, a samochód wydaje głośniejszy i przyjemniejszy pomruk. Aż chce się jeździć. Każdy zakręt, każda prosta to bezpośredni przekaz radości i euforii przekazywanej z samochodu bezpośrednio do kierowcy. Co prawda dwu litrowy silnik, napęd na cztery koła i średnia aerodynamika nie wpływają korzystnie na spalanie, ale udało mi się osiągać wynik w granicach 9l/100km. Tylko bardzo mnie przy tym bolał język, stopa i ręka. Musiałem się bowiem gryźć, kopać i szczypać by nie reagować na kuszenie. Logotypy John Cooper Works zdawały się tym bardziej ostentacyjnie irytować, za każdym razem gry uruchamiałem ekonomiczny tryb jazdy. Może w wersji hybrydowej, która już w tym roku trafi na nasz rynek będzie spokojniej. W tym samochodzie ciężko się opanować.

Mógłbym pisać jeszcze o wielu aspektach, jak chociażby o specjalnym siedzisku, które można wyciągnąć z bagażnika i wygodnie na nim usiąść, czy breloczek z geolokalizatorem, ale muszę też delikatnie ostudzić zarówno swój jak i wasz zapał. MINI Countryman jest absolutnie genialnym samochodem, ale przychodzi taki moment, w którym ktoś przybije wam piątkę krzesłem w twarz – zwanym potocznie cennikiem. Ten fenomenalny egzemplarz, którym przyszło mi się tak dobrze bawić według katalogu kosztuje ponad 220 000 zł. A teraz najlepsze. Jeśli odejmiemy całe wyposażenie opcjonalne to cena spadnie o ponad 84 000zł. Tak, tysiące złotych polskich nowych. Niestety problem takiego gadżeciarza jak ja jest taki, że gdy już raz zobaczyłem te wszystkie świecidełka to chcę je wszystkie.

Pozostawię więc Was z dylematem, na który sam nadal nie mam odpowiedzi. Znalazłem genialny samochód, który niestety swoją ceną właśnie się zapisał do o wiele wyższej ligi, gdzie są już naprawdę potężni gracze. Może nie kupiłbym go w takiej sytuacji w ciemno i bez chwili namysłu, ale nigdy nie spodziewałem się, że taki samochód będzie w ogóle stanąć w szranki ze sportowymi coupe moich marzeń. Mimo wszystko – MINI robisz to dobrze.

Za użyczenie samochodu dziękujemy firmie MINI Bońkowscy ze Szczecina. Jak zawsze zapraszamy również do pełnej galerii zdjęć.