Blog

TEST: Kia Niro

Autor:  | 

Pamiętam, gdy go pierwszy raz zobaczyłem na targach w Genewie. Stał błyszczący i pachnący nowością wśród koreańskich przedstawicieli marki Kia, którzy dumnie wypinali swoje piersi…

Dobra. Nie będę oszukiwał. Nie pamiętam. Wiem, że na targach nowa Kia miała swoją premierę, a jedynym powodem dla którego ten fakt zapamiętałem to nazwa. Niro. Łatwo więc było zwrócić uwagę chłopaków, gdy krzyknąłem – „Ej, chcecie zobaczyć The Niro?”. Gdy radośnie podbiegli i zamiast słynnego 73-latka zobaczyli samochód, nie kryli swojego zniesmaczenia. Nie przekonał ich nawet słynny catering na stanowisku, o którym już nieraz wspominaliśmy.

O samochodzie wiedziałem więc tyle, że może służyć jako baza do żartów. W momencie odbierania kluczyków do samochodu kieszenie miałem już wypchane karteczkami z przezabawnymi dowcipami i anegdotami z życia amerykańskiego aktora. Czy wiecie na przykład, że Robert miał grać Jezusa w filmie „Ostatnie kuszenie Chrystusa” oraz samego Enzo Ferrari w niedoszłym filmie „Ferrari”? Ba, miał być też samym Hannibalem Lecterem w „Milczeniu Owiec”. Fascynujące prawda?

Po rozgrzewającym wstępie przejdźmy jednak do samej Kia Niro. Z wyglądu nie jest to samochód, który spowoduje, że ugną wam się kolana, chyba że niefortunnie potkniecie się o krawężnik. Jest pojazdem o zaskakująco neutralnym wyglądzie, co przyznam szczerze mnie bardzo zaskoczyło. Kia w ostatnich latach pokazała, że można robić świetnie wyglądające samochody, co zresztą było potwierdzane licznymi prestiżowymi nagrodami. Niewiele – a dosłownie jakieś 2 cm – brakowało bym sam stał się posiadaczem pro’ceed GT, którego nadal uważam za bardzo ciekawego i bardzo taniego hot-hatcha.

Całą sytuację ratuje trochę kolor – Deep Cerulean Blue. Nie martwcie się, ja też musiałem zajrzeć do wujka Google, by sprawdzić, co to oznacza. Jeśli wybierzecie Niro w tym kolorze, zawsze będziecie się mogli pochwalić sąsiadowi, że wasz nowy samochód ma kolor Ceruleum. Jeśli dodatkowo wybierzecie pakiet wyposażenia XL, to w zestawie dostaniecie świetnie wyglądające, 18 calowe felgi.

Jako, że jestem sporym chłopem, to nie mogłoby być inaczej i moja testowa Kia miała dokładnie taką konfigurację, a żeby mi się dalej nie plątał język, kolor zamieniłem na Gravity Blue.
Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest brzydki samochód. Ma masę ciekawych przetłoczeń, ładne lampy, a z tyłu znalazło się nawet miejsce na spoiler i coś, co moja dziewczyna nazywa „pampersem”. Nie pytajcie. Ważne, że wszystko wygląda bardzo poprawnie, tylko po prostu nie zachwyca. Innym pytaniem powinno być, czy ten samochód miał zachwycać?
Przejdźmy więc do wnętrza. Tutaj jest już zdecydowanie ciekawiej, a przede wszystkim bardzo komfortowo. Z początku przeraził mnie hamulec „ręczny”, który znalazłem pod lewą stopą, ale jak pokazała praktyka, gdy nie jest zaciągnięty, absolutnie nie przeszkadza w odpoczynku lewej stopie. Ten zabieg pozwolił na oszczędności przestrzeni po prawej stronie kierowcy. Jest więc dużo pojemnych schowków, masa wtyczek do USB, włącznie z jednym, który może ładować wasze mobilne gadżety.

Ponieważ jestem gadżeciarzem, rzeczą, która absolutnie mnie najbardziej urzekła, to… półeczka znajdująca się przed dźwignią zmiany biegów. To nie jest zwykła półeczka. To magiczna półeczka, którą zdradza trochę małe logo iQ. Bardziej technologiczni użytkownicy samochodów z pewnością właśnie wydali tajemniczy dźwięk podziwu. Przechodząc do sedna – samochód wyposażony jest w ładowarkę indukcyjną.

To gadżet, który jest tak oczywisty i genialny, że powinien być standardowym wyposażeniem każdego samochodu, usankcjonowanym przez Unię Europejską. Jak często zdarzało wam się rozładować swój telefon? Ile razy zaplątaliście się w kabel do ładowania, o ile w ogóle go zabraliście ze sobą. Nawet nie będę wspominał o stresie i stratach moralnych w przypadku rozładowania smartfona. Tymczasem, będąc posiadaczem Niro wystarczy położyć telefon – cyk – i się ładuje. Magia.

Gdy przestałem posypywać swój telefon brokatem, by dodać mu jeszcze więcej magii, spojrzałem wyżej. Jest spory – 8 calowy – ekran od infotainment oraz nawigacji, ale na szczęście uzupełniony o fizyczne przyciski od najważniejszych funkcji samochodu. Warto też wspomnieć, że samochód współpracuje z systemami Android Auto i Apple CarPlay. Fanów muzyki powinien natomiast zadowolić fakt, że za dźwięk odpowiedzialna jest marka JBL.

Kolejny patent, którego nie wiedziałem, że tak bardzo potrzebuję, to przycisk „Driver Only”. Niestety nie spowoduje on, że jako jedyni będziecie mogli mieć głos w samochodzie, ale może sprawić, że klimatyzacja będzie wiała tylko na was. Po pierwsze oszczędność. Po drugie sposób na dyskretne odcięcie gadatliwego pasażera od dostaw powietrza w upalne dni. Sprytne, bardzo sprytne.

Fascynatów przycisków ucieszy również wielofunkcyjna kierownica, dzięki której bez odrywania rąk możemy sterować prawie każdą funkcją samochodu. Za kierownicą, pomiędzy bardzo ładnymi i stylowo wykonanymi zegarami, znajduje się kolorowy wyświetlacz. Wyświetla on wszystkie potrzebne informacje, trasę nawigacji, aktualny utwór i tym podobne. Moją uwagę jednak przykuła funkcja, która z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn zamiast „Nauczyciel” nazywa się po prostu „Styl jazdy”.

Dzięki niej dowiemy się w procentach jakim kierowcą tak naprawdę jesteśmy. Ekonomicznym, normalnym, a może agresywnym? W dodatku jeśli zdecydujemy się na ekonomiczną jazdę, to możemy zbierać punkty, które z kolei będą uzupełniać piękne niebieskie drzewko na głównym wyświetlaczu.

W tym momencie przechodzimy do kluczowego elementu Niro. Ekonomii. Ten samochód możecie bowiem kupić tylko i wyłącznie z jednym silnikiem – benzynowym 1,6. Bez turbo. Zanim jednak odruchowo zamkniecie ten artykuł, dodam tylko magiczne słowo – Hybryda.

Tak, Kia Niro jest samochodem hybrydowym. Gwarantuję wam, że ten fakt zaskoczył mnie jeszcze bardziej niż was. Zamiast turbosprężarki, azjatyccy inżynierowie postanowili wrzucić dodatkowy silnik elektryczny. W katalogu napisano, że łączna moc obydwu jednostek to 141 KM. Brzmi pięknie, dopóki nie dojdziemy do pozycji „Przyspieszenie 0-100 km/h [s]” i następujące po niej „11,5”.
– W hybrydzie? – wykrzyczałem na głos, płosząc człowieka, który siedział obok mnie. W mgnieniu oka przypomniały mi się czasy, gdy sam posiadałem samochód, który do magicznej „setki” zbierał się w czasie porównywalnym do bloków reklamowych na Polsacie.

Podłamany odpaliłem silnik. Zamiast dźwięku silnika usłyszałem melodyjkę. No tak, hybryda. Trzeba o tym pamiętać, bo jeżdżąc na słuch można popełnić fatalny błąd. Przy okazji wyjeżdżania z parkingu, Kia przypomniała mi, że ma też kamerę cofania.

Ustawiłem się na prostej i dałem całą naprzód. Już chciałem rozkładać stolik i szykować sobie kawę do ciasteczek, gdy nagle okazało się, że na liczniku już mam regulaminową 50tkę. Pojechałem w miejsce, gdzie nie patrzą na mnie groźnie te okrągłe, metalowe potwory z czerwoną obwolutą i… zgłupiałem.

Przyznaję, nie kręciłem samochodu do granic możliwości, bo nie jest to samochód wyczynowy (po drugie zbierałem punkciki na drzewko), ale ku mojemu zdziwieniu Niro da się jeździć dynamicznie. Może nie zagrozicie pozycji niemieckim wyjadaczom spod świateł, ale zdecydowanie nikt nie będzie na was trąbić. Ten samochód sprawił, że na poważnie zacząłem się zastanawiać nad zakupem specjalistycznego sprzętu do pomiaru osiągów.

Skoro wiemy, że samochód teoretycznie nie powala ani wyglądem, ani osiągami, to przejdźmy do samych wrażeń z jazdy.
Gdy moi koledzy oddawali mi samochód po swoich testach, średnie spalanie wynosiło 5,7 l. Całkiem nieźle jak na jazdę miejską crossoverem. Katalog jednak dumnie pokazuje wartość o prawie dwa litry mniejszą, więc postanowiłem to sprawdzić.

Przy idealnych warunkach pogodowych, z włączoną klimatyzacją, naładowaną baterią, średnim obciążeniu samochodu i jazdą po mieście bez korków udało mi się uzyskać rezultat 3,9 l. Przyznam, że byłem pod ogromnym wrażeniem. Oczywiście, im miasto stawało się bardziej zatłoczone, a warunki na drodze wymagały mniej lub bardziej dynamicznej jazdy, spalanie wzrastało. Ostatecznie jednak mój test miejski zakończyłem ze średnim spalaniem na poziomie 4,9 l. Sam ten wynik sprawił, że chce się jeździć.

Pokonując kolejne kilometry zbierałem wnioski. Jest mi bardzo wygodnie i przytulnie. Mam masę miejsca na moje gadżety. Jest ładowanie indukcyjne, a w drugim rzędzie siedzeń znajduje się normalne gniazdko 220 V, samochód mało spala, aż chce się jeździć. I wtedy sobie przypomniałem. Powietrze. Nie, w samochodzie nie pachniało brzydko. O czystość powietrza dbał system o tajemniczej nazwie „Clean Air”. Chodzi mi o opory powietrza.

Wszyscy wiemy, że każdy większy samochód, rozpędzony do odpowiedniej prędkości, będzie palił dużo. W dodatku Kia Niro wspomagana jest silnikiem elektrycznym do 120 km/h. Jak więc spisałaby się na trasie autostradowej, nieustannie hamowana przez życiodajny gaz. Musiałem się przekonać.

140 km/h okazało się być bardzo dziwną prędkością dla tego samochodu. Po pierwsze, wskazówka na lewym zegarze oszalała. Nie mogła się zdecydować czy jadę ekonomicznie, czy może jednak już daję „Powera”, a z drugiej strony, to przecież jadąc z górki można jeszcze doładować baterię. Tymczasem spalanie rosło. Przy okazji mogłem się przekonać, że przy prędkości autostradowej Niro jest dość głośnym samochodem. Przydałoby się dodatkowe wygłuszenie kabiny, choć nie musiałem krzyczeć na pasażera, by mnie zrozumiał.

Po kilkudziesięciu kilometrach wskaźnik pomiaru spalania ustabilizował się na poziomie 7,5 l, co osobiście uważam za bardzo dobry wynik. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę kształt samochodu i prześwit, który pozwoli nam na zorganizowanie pikniku na szczycie lokalnych wzniesień. Jeśli wyposażymy dodatkowo naszą Kię w aktywny tempomat, lane assist i skórzaną tapicerkę, to na miejsce dotrzemy wyjątkowo zrelaksowani.

Co ciekawe, Niro potrafi być jeszcze bardziej ekonomiczny. Niedługo samochód będzie wyposażony również w opcję o ciekawej nazwie „automatyczna jazda wybiegiem”. Co to oznacza? Jeśli nasze Niro będzie wiedziało, że zbliżamy się do wzniesienia, będzie wykorzystywać baterię silnika elektrycznego by obniżyć spalanie. Zjeżdżając, będzie z powrotem baterię ładować. Sprytne.
I właśnie tutaj się złapałem, zatrzymałem i zadumałem. Niby oczywisty design. Niby bardzo zachowawczy. Niby po prostu zwykły samochód, a z drugiej strony swój przedział kilometrowy pokonałem z uśmiechem na twarzy i pomrukami zadowolonego portfela.

Dla kogo zatem jest Kia Niro? Z pewnością dla oszczędnych. Samochód potrafi palić mało, o ile potraficie rozsądnie jeździć. Jeśli nie potrzebujecie demona prędkości, który swoim awangardowym wyglądem będzie straszył ludzi w bramach, to jest to samochód, na który powinniście zwrócić uwagę. Jeśli cenicie sobie gadżety i najnowsze technologie, to Kia jest nimi tak nafaszerowana, że nie raz zdziwicie się, że nie macie do czynienia z marką Premium. Jeśli rozważaliście zakup Sportage, a coś wam w nim nie pasowało, może właśnie Niro będzie odpowiedzią. W końcu to może być wasz wybór, jeśli lubicie zbierać punkciki, oglądać wykresy i chwalić się, jakim jesteście kierowcą.

Dla cierpliwych, już teraz Kia zdradziła informację, że w przyszłości pojawi się wersja „plug-in” z większą baterią, która ma pozwolić na pokonanie nawet 60 km wyłącznie na baterii. Wybór należy do was.

Jeśli nadal wam mało, to pamiętajcie o pełnej galerii z naszego testu Kia Niro oraz odcinku specjalnym podcastu.

Samochód do testów użyczył Polmotor Dealer Kia Motors.

Okiem Artura:
Przed testem Niro nie myślałem o tym Koreańczyku zbyt wiele. Nie chciałem się nastawić negatywnie – w końcu to hybrydowy crossover, który nie zwala z nóg ani osiągami, ani prezencją. Byłem wielce zaskoczony, kiedy okazało się, że jest to świetny samochód. Pokonywanie kolejnych kilometrów za kierownicą tego auta sprawiło mi wiele przyjemności. W środku czułem się rewelacyjnie – zrelaksowany, bezpieczny i brakowało mi tylko masujących foteli. Szczerze mówiąc, zapragnąłem wyruszyć tą Kią w jakąś dalszą podróż, aby móc odpoczywać jeszcze dłużej. Niestety, mój czas z Kią Niro skończył się zdecydowanie szybciej, niż bym tego sobie życzył, co swoją drogą, też było zaskakujące. Chyba się starzeję…

Okiem Michała:
jeszcze myśli