Blog

TEST: Volvo V40

Autor:  | 

Nazwa Volvo V40 nawet dla laika motoryzacyjnego mocno zobowiązuje, ale dla fana motoryzacji oznacza najniższą klasę z gamy marki i nadwozie kombi.
I rzeczywiście tyczyło się to pierwszej generacji w/w modelu produkowanego w latach 1995-2004. Obecny model produkowany jest od roku 2012 i przypisanie go do segmentu samochodów kombi jest raczej niezbyt trafione. Tylna klapa z podszybiem w kolorze czarnym nawiązuje do modelu C30, który produkowany był w latach 2006-2012. Był trzy-drzwiowym, czteromiejscowym hatchbackiem i obecne V40 również zaliczyłbym do tego segmentu z dodatkiem XL (pięć drzwi i pięć miejsc).

Podchodząc do tego pojazdu z perspektywy przodu, uruchamia się pewna fantazja motoryzacyjna, która przemawia do podświadomości trochę z nutą agresji, nie tej łączącej się ze złością tylko z energią. Auto wygląda tak, jakby nawiązywało do sportowego zacięcia, można spodziewać się więc dużej mocy i frajdy z jazdy. Później mijasz przedni błotnik i niebieski znaczek „OCEAN RACE”, który jeszcze bardziej inspiruje. Jednak nadchodzi ten moment, kiedy zbliżasz się do tylnego pasa i widzisz emblemat „D2”. Czyżby to dwu-cylindrowy diesel. Tak, to diesel, ale jednak 4 cylindrowy i w tym konkretnym przypadku o pojemności dwóch litrów (słabszy występuje w wersji o pojemności 1,6 litra). W dowodzie rejestracyjnym doszukuję się kolejnych ważnych dla mnie informacji, a mianowicie moc, która wynosi 120 KM. Dawno nie jeździłem dieslem, a w dzisiejszych czasach silnik wysokoprężny o tej pojemności i z tak niską mocą nasuwa mi tylko i wyłącznie dobre skojarzenia – nie wyżyłowany i spokojny.

Wnętrze. Nawet zachwyca, jasne skórzane poszycia foteli, boczków drzwi, przeplatane różową nitką zapraszają do środka. Konsola środkowa zachowana w bardzo klasycznym stylu, z numeryczną klawiaturą przemówiła do mnie w 100%, nawet do tego stopnia, iż szukałem słuchawki telefonicznej połączonej kablem z kokpitem. Po zajęciu dogodnej pozycji za kierownicą przy pomocy guzika uruchomiłem symfonię klekotu, która jak na motor zasilany paliwem ON okazała się dosyć cicha i przyjemna dla ucha oraz mego aparatu słuchowego.

Manualna 6-cio biegowa skrzynia chodzi bardzo ciasno i precyzyjnie jak przystało na Volvo. Przy pierwszym zatrzymaniu się na czerwonym świetle gaśnie silnik. To wszystko za sprawą systemu start/stop, który na szczęście da się wyłączyć, gdyż nie każdy jest entuzjastą tego rozwiązania. Pierwsze kilometry w mieście pokazały, iż auto świetnie nadaje się do tej roli, jest niezbyt duże, ekonomiczne ale o tym jeszcze później. Przy pierwszym parkowaniu jednak okazuje się, że promień skrętu nie zachwyca.

Volvo na trasie okazuje się trochę „nie szufladkowe”. We wnętrzu podczas jazdy nie dzieje się nic, jak przystało na Volvo w wersji „cywilnej”. Zawieszenie jest zbyt twarde jak na auto tej marki, trochę brakuje komfortu resorowania, ale należy pamiętać jednak, iż jest to niezbyt duży pojazd i porusza się na nisko profilowych oponach, osadzonych na pięknych 17” felgach PORTUNUS. Całość komfortu wybrania bardzo precyzyjny i zwarty układ jezdny, który przejawia się poprzez kierownicę, chodzącą z tak zwanym – przyjemnym oporem. Trzymanie na zakrętach przy większych prędkościach zachwyca i jest to duży plus dla niedużego diesla.

Silnik nie poraża dynamiką. Jednak generowany zapas mocy wystarcza w zupełności do „normalnej” jazdy. Ale może o to właśnie chodzi w tym niezbyt muskularnym, 120-konnym, roboczym silniku, który mógłby być trochę bardziej cichy. Zauważalna dosyć dobra elastyczność, mianowicie czwarty bieg i 40 km/h to dla niego żaden wyczyn. Największa zaleta tego motoru, a taka nieodzownie występuję i należy szczególnie w tej klasie o niej wspomnieć to… tak niewątpliwie jest to ekonomia. Tu należy napisać o niej przez duże „E”. Nie warto wspominać tu o najwyższym spalaniu jakie udało się nam osiągnąć (było to zaledwie 6,4L/100km), jednak najniższe, które zarejestrował komputer pokładowy oraz Paweł to 4,3l na 100km (najniższe podawane przez producenta to 3,8l ale to przesada).

Przyszedł również czas na podróż z perspektywy tylnej kanapy albo pasażera podróżującego z tyłu, jednak pierwsze określenie bardziej tu pasuje. Inny świat względem przednich foteli i z premedytacją mogę stwierdzić, iż znajduje się on dużo bardziej z tyłu… nie zachwyca. Hałas jeszcze większy, bardziej odczuwa się sztywność i pomimo mojego niezbyt okazałego wzrostu, miałem mało miejsca na kolana.

Ogólnie nic przychylnego dla pasażera, który wymaga komfortu od Volvo. Wybiegając trochę w krainę marzeń, wyżsi pasażerowie mieli problem z wyprostowaniem kręgosłupa. Wypadałoby jeszcze napisać cos odnośnie bagażnika ale tego nie zrobię, tam się nie podróżuje.

Podsumowując, nie jest to samochód, który wstawicie do garażu i w weekend będziecie się z nim bardziej zaprzyjaźniać, a po przejażdżce w samotności, nalejecie sobie lampkę brandy rozkoszując się wrażeniami po wspólnie spędzonym czasie. Jest to całkowicie poprawny pojazd, który powinien służyć na co dzień, pomagać wam wykonywać zadania zawodowe oraz te, które potrafi zrządzić los. To poczucie podbuduje satysfakcja uzyskiwana podczas częstotliwości wizyt na stacjach benzynowych.

Jeszcze jedno pytanie, które stawiam sobie na koniec prawie każdego testu. Egzemplarz, którym jeździliśmy kosztował około 120 tysięcy złotych brutto. Czy warto tyle zapłacić akurat za ten konkretny pojazd? Jako dżentelmen, nie tylko względem kobiet, nie odpowiem na to pytanie…

Okiem Pawła:
Volvo V40 to samochód, który jest idealnym samochodem służbowym. Zawsze dojedzie do celu, zawsze zrobi to w dobrym stylu, a jeśli nie lubicie stacji benzynowych i w ogóle benzyny, to silnik D2 miło Was zaskoczy absurdalnie niskim spalaniem. Uważajcie jednak na nazewnictwo. „V” nie koniecznie oznacza klasę kombi do czego przywykliśmy, V40tce zdecydowanie bliżej do hatchbacka co potwierdzi każda wyższa osoba, która zdecyduje się usiąść z tyłu lub załadować po brzegi bagażnik. Jeśli jednak chcecie mieć większą frajdę z jazdy, możecie w ciemno decydować się na każdy silnik rozpoczynający się literką „T”.

Okiem Artura:
Prowadząc V40 byłem przekonany, że w końcu udało mi się znaleźć samochód, który zadowoli moją żonę – nie zbyt mały, a jednak wygodny do miasta, komfortowy wewnątrz i ekonomiczny (chociaż nie sądzę, abym prywatnie zdecydował się na diesla). Kiedy zatem pokazałem go mojej wybrance serca, na pewno nie spodziewałem się usłyszeć słów – „Ty chyba nie rozumiesz co to znaczy duży samochód.” A skoro nie jest to idealny samochód dla mojej żony, to nie zagości w moim garażu, bo w kategorii hatchbacka moich marzeń z pewnością nie jest liderem.

Dziękujemy Volvo Polska za udostępnienie samochodu do testów.

Pamiętajcie, że więcej o Volvo V40 możecie posłuchać w 55 odcinku podcastu, a więcej zdjęć możecie zobaczyć w naszej Galerii.