Blog

TEST: Suzuki Swift

Autor:  | 

O przetestowaniu nowego Suzuki Swifta myślałem odkąd zobaczyłem go pierwszy raz podczas targów motoryzacyjnych w Genewie. Potem w redakcji DoDechy mieliśmy inne zajęcia, aż w końcu postanowiliśmy poszukać najlepszego auta miejskiego i przypomniałem sobie o tym małym, pochodzącym z kraju kwitnącej wiśni, łobuzie.


Mały łobuz, właśnie takie miałem skojarzenie, kiedy spojrzałem na nowego Swifta po raz pierwszy. No dobra, szczerze mówiąc, najpierw pomyślałem, że wygląda jak japońskie MINI, a dopiero potem wyobraziłem sobie, że pasowałby do niego młody człowiek o zawadiackim spojrzeniu i czapce z daszkiem w kratę. Bez wchodzenia w zbędne szczegóły – nowy Swift spodobał mi się od razu.

Zanim pierwszy raz do niego wsiadłem, przeczytałem kilka testów w Internecie i tak zwanej prasie fachowej. Wszędzie powtarzało się zdanie – „nowy Swift nie wygląda jak kolejna generacja, ale raczej jak facelifting”. Ta powielana opinia na tyle budziła mój wewnętrzny sprzeciw, że postanowiłem postawić obok siebie obie wersje i porównać je jak nigdy przedtem (dzięki za Google i Wikipedię). Okazało się, że nowy Swift jest krótszy, szerszy, niższy, ma większy rozstaw osi oraz, co prawie najważniejsze, wygląda trochę inaczej. Zmiany w stosunku do poprzednika rzeczywiście można ocenić jako kosmetyczne, ale jednocześnie trzeba podkreślić, że są precyzyjne jak ostrze katany.

Nowe wymiary sprawiają, że auto prezentuje się zupełnie inaczej. Małe Suzuki nie jest już całkiem stylowym pudełkiem zapałek, ale intrygującym i charakternym miejskim rozrabiaką z nisko zawieszonym środkiem ciężkości. Grill z przodu przypomina nieco kształtem te z nowych Hyundaiów, ale już reflektory wydają się mieć bardziej indywidualny styl. Uroku dodaje mu też dach, który można zamówić w innym kolorze niż reszta karoserii, a ukryte klamki tylnych drzwi świetnie dopełniają całości. Mam wrażenie, że obecna, czyli piąta generacja Swifta, nie zestarzeje się tak jak czwarta, która w dniu premiery również wyglądała świeżo i młodzieżowo, ale z biegiem lat utraciła niemal cały swój czar. OK, zgoda, ocena wyglądu jest wyłącznie kwestią gustu. Mi się podoba bardziej niż wcześniejsze modele. Co więcej, słowa z katalogu produktowego sprawdziły się doskonale – patrząc na nowego Swifta, od razu miałem ochotę się nim przejechać.

Wewnątrz miejskiego Suzuki poczułem silną mieszaninę uczuć. Fotele z przodu są zaskakująco wygodne, a dodatkowo bardzo fajnie i sportowo wyprofilowane. Kierownica jest ładna, ścięta u dołu i dobrze leży w dłoniach. Umieszczone w głębokich tunelach biało czerwone zegary są zdecydowanie minimalistyczne i mają sporo trudnego do opisania uroku. Z drugiej strony, dominującym materiałem wykończeniowym jest pozbawiony polotu i finezji czarny plastik. Wszystkie przyciski, pokrętła i wyloty powietrza pełnią tylko te funkcje, do których zostały stworzone. Mam wrażenie, że japońscy projektanci wciąż nie wiedzą, że wspomniane elementy mogą też, a w zasadzie coraz częściej pełnią rolę dekoracyjną. Podsumowując, kabina nowego Swifta jest jak sushi – surowa i japońska.

Co do wyposażenia, to nowy Swift w wersji podstawowej ma wszystko to, co potrzebne w codziennym użytkowaniu samochodu począwszy od klimatyzacji manualnej i zdalnie sterowanego centralnego zamka, a na radiu z MP3 i Bluetooth skończywszy. Wszelkich nowoczesnych gadżetów w rodzaju adaptacyjnego tempomatu, nawigacji, czy reflektorów LED Hi/Low należy szukać w najbogatszej wersji Elegance. Byłbym zapomniał, wszystkie wersje od czerwca 2017 zjeżdżają z taśmy z trzema regulowanymi zagłówkami na tylnej kanapie, a nie tak jak wcześniej – tylko ta wypasiona.

Czas przejść do tego, co w samochodach najważniejsze. Przynajmniej dla mnie. I nie chodzi o oświetlenie ambientowe (tego w małym Suzuki nie ma). Jak pisałem wcześniej, nowy Swift wygląda tak, że od razu chce się nim jeździć. Ponieważ jest szerszy i niższy od swojego poprzednika, wydaje się, że ma też znacznie lepsze właściwości jezdne. Tym bardziej, że rozstaw osi jest większy niż w generacji czwartej. Odrobinę za wysoka pozycja za kierownicą troszkę przeszkadzała mi w całkowitym zespoleniu się z autem, ale ostatecznie muszę powiedzieć, że Swift prowadzi się bardzo dobrze. W miarę pokonywania kolejnych kilometrów, czułem się za jego kierownicą pewniej, a jazda dostarczała mi coraz większej frajdy. Słowo, które najlepiej określa charakter tego miejskiego Japończyka to zwinny. Minimalny promień skrętu Swifta to zaledwie 4,8 metra – prawdopodobnie akurat ten parametr będzie najczęściej sprawdzany na parkingach centrów handlowych, ale dostarczy również sporo pozytywnych emocji podczas dynamicznego pokonywania ciasnych zakrętów. Pojawiające tu i ówdzie porównania Swifta z gokartem wydają się nie być przesadzone.

Jak Suzuki osiągnęło tak świetne właściwości jezdne? Tajemnica tkwi podobno w zaprojektowanym na nowo zawieszeniu i płycie podłogowej typu HEARTECT. Inżynierowie z Japonii twierdzą, że to doskonałe rozwiązanie, a ja wciąż czekam na producenta, który przyzna, że ich nowy twór jest taki sobie. Jednak w tym przypadku byłaby to tylko bardzo fałszywa skromność. I to właśnie teraz trzeba powiedzieć o najważniejszej różnicy pomiędzy czwartą, a piątą generacją Swifta. Ten nowy jest lżejszy o co najmniej 120 kg! To tak rewelacyjny wynik, że muszę go powtórzyć – 120 kg mniej od poprzednika. Co więcej, najlżejsza wersja Swifta waży zaledwie 840 kg, a to w dzisiejszych czasach wynik imponujący.

A skoro już o masie mowa… Ja testowałem wersję z tajemniczym dopiskiem SHVS (Smart Hybrid Vehicle by Suzuki), czyli hybrydę typu mild. Ponieważ do tej pory nie wiedziałem czym są tzw. miękkie hybrydy, postanowiłem to sprawdzić i… Najprawdopodobniej jest to rozwiązanie, które poprzez umieszczenie w samochodzie niedużego zespołu akumulatorów, alternatorów i czegoś jeszcze sprawia, że auto mniej pali, szybciej odpala i, podobno, oferuje dodatkowe 2 KM jeśli wciśniemy gaz do dechy na przykład podczas wyprzedzania. Najważniejsze, że nawet w takim wydaniu nowy Swift waży sporo poniżej jednej tony (maksymalnie 925 kg). A zatem, powinien być dynamiczny…

No właśnie. Pod maską nowego Swifta może znaleźć się jeden z dwóch silników – 1.2 DualJet o mocy 90 KM oraz 1.0 BoosterJet o mocy 111 KM. Obie jednostki mogą być wspomagane zestawem baterii, ale ostatecznie mają one wpływ jedynie na mniejsze zużycie paliwa. Na papierze wyniki obu motorów nie zachwycają, pierwszy z nich rozpędzi auto do setki w niespełna 12 sekund, a drugi będzie potrzebował w tym celu 1,5 sekundy mniej. Jednak daleki jestem od stwierdzenia, że Swift jest samochodem wolnym. Dynamika w zakresie prędkości miejskich jest więcej niż bardzo przyzwoita, a trzeba pamiętać, że to właśnie takie środowisko będzie naturalne dla tego modelu. Prawdą jest, że Suzuki nie będzie liderem na prostej, ale już na krętej drodze znacznie trudniej będzie mu znaleźć konkurenta. No i nie wolno zapominać, że już wkrótce do sprzedaży trafi wersja Sport, która będzie oferowała 140 KM i 230 Nm momentu obrotowego. W połączeniu z niską masą (970 kg) i świetnym zawieszeniem, może to być bardzo interesująca mała, miejska „wyścigówka”.

Poziom w segmencie aut miejskich jest obecnie bardzo wyrównany. O tym czy dany model odniesie sukces, czy porażkę decydują tak naprawdę niuanse. Suzuki Swift zajmuje w tej kategorii jedną z czołowych lokat. Jego dwie poprzednie generacje były i nadal są bardzo popularne. Mnie osobiście nowy Swift bardzo się spodobał, bo ma coś, o czym w samochodach tej klasy trochę zapomniano – charakter. Owszem, ma swoje wady i niedociągnięcia, ale z drugiej strony dostarcza tyle przyjemności i dziecięcej frajdy z jazdy, że można mu to wybaczyć. Może to porównanie trochę na wyrost, ale dla mnie to jest rzeczywiście takie japońskie MINI.

Za wypożyczenie samochodów dziękujemy dealerowi Auto Club Suzuki ze Szczecina. Więcej o nowym Swiftcie oraz innych miejskich autach, które przetestowaliśmy usłyszycie w 101 odcinku podcastu DoDechy. Tradycyjnie zapraszam też do galerii zdjęć.