Blog

TEST: SsangYong Korando

Autor:  | 

Siedzę w biurze. Dzień z pozoru jak każdy inny, ale mimo wszystko nerwowo zerkam na biurko. Wyczekuję tej chwili z pewną dozą niepewności. W końcu staje się. Obok monitora rozbrzmiewa charakterystyczny dźwięk wibracji w telefonie. To Artur. Normalnie odebrałbym bez namysłu – ale ten dzień był szczególny. Tego dnia odbierał do testów SsangYonga.

Nie oszukujmy się. SsangYong to jeden z tych koreańskich producentów, który jeśli się gdzieś wkrada do naszych rozmów to zazwyczaj w formie puenty średnio udanego dowcipu. Artur ma nawet takie specyficzne określenie, ale nie będę go tutaj przytaczać, po to odsyłam już do naszych odcinków. Jednak gdzieś tam w głębi duszy czułem, że może jednak warto by sprawdzić te samochody zanim je kompletnie obsmarujemy.

Problem polegał na tym, że moja edukacja dotycząca tych Koreańczyków zakończyła się na poziomie Rodiusa pierwszej generacji, który swoją urodą mógł śmiało konkurować z Priusem i Multiplą. Drugi odcisk został przetarty przez Actyona, gdy w Polsce panowała absolutna moda na pickupy i ludzie byli gotowi zrobić wszystko, by posiadać samochód tej klasy. Absolutnie. Wszystko. Wiem, bo sam miałem.

Wyświetlające się na telefonie imię Artura i ten przerażający brzęk, był więc w mojej świadomości zwiastunem wszystkiego co najgorsze. Jako, że do odważnych świat należy – zdecydowałem się odebrać: – Artur, przepraszam, ale wiesz – rozpocząłem delikatnie rozmowę by złagodzić sytuację – zawsze to lepiej niż pociąg prawda? – Ty, słuchaj, on jest nawet fajny – odpowiedział głos w słuchawce. Zapadła niezręczna cisza. – Hasło – odpowiedziałem poważnym tonem. – Zapiekanka z lamą – odpowiedział równie poważnym głosem, jak się jednak okazało – Artur.

Tego się nie spodziewałem. Do tego stopnia, że musiałem ujawnić nasze tajne hasło, którym posługujemy się do weryfikacji. Nie chciałem wybijać Artura z dobrego humoru, szczególnie, że z Warszawy przed sobą miał kilkaset kilometrów drogi. Wiedziałem, że mnie czeka o wiele dłuższa przygoda z najnowszą generacją crossovera od SsangYonga, bo jako prowodyr całego testu, zobowiązałem się spisać swoje wrażenia.

Tym sposobem, pod osłoną nocy trafił do mnie Korando. Dopiero rano okazało się, że cała operacja przyprowadzenia samochodu w ciemnościach była niepotrzebna. Kiedy ja przespałem ten moment, w którym SsangYong zaczął wyglądać jak samochód? Krótka wizyta u wujka Gugla i zrobiło mi się trochę głupio.

Po pierwsze Korando został zaprojektowany przez biuro Italdesign Giugiaro. Wiecie, taka mała włoska firemka, która projektowała Alfa Romeo Brera, Lancia Delta z 1979 roku, Maserati, a nawet jedną Zastavę. Potem okazało się, że właściciele SsangYonga – Mahindra – od dwóch lat są posiadaczami innego studia projektowego – Pininfariny – a ich zasług chyba nie muszę przytaczać.
Oczywiście nie twierdzę, że teraz Korando, nagle stał się najpiękniejszym samochodem świata. Absolutnie nie. Ale stał się samochodem. Co prawda dalej mam wrażenie, że za przód i tył było odpowiedzialnych dwóch projektantów, którzy spotkali się w połowie, ale przynajmniej nie trzeba go już przykrywać kocem zostawiając na parkingu.

Ośmielę się nawet stwierdzić, że jego linie są dynamiczne i zgrabne. Potwierdzeniem mojej teorii, może być test jaki wykonałem na nieświadomych niczego czytelnikach DoDechy – umieszczając zdjęcie przedniej lampy na Facebooku i Twitterze. Większość osób obstawiała, że na testy wjechał do nas Mercedes, jedna twierdziła, że BMW (pozdrawiamy Konrada) i zaledwie dwie czy trzy odgadły prawidłową markę. To już o czymś świadczy. Gdybym miał się tu czegoś przyczepiać to świadczyłoby już tylko o mojej głupocie i chęci zabłyśnięcia uszczypliwymi żarcikami.

W środku niestety jest już nieco gorzej. Materiały wykończeniowe są średniej jakości – jest mocno plastikowo. Sytuacji nie ratuje lekko ścięta kierownica, ani kolorowy wyświetlacz infotainmentu. Nie znajdziemy też tutaj wielu przycisków. Na głównej konsoli, główną rolę pełni funkcja podgrzewania lusterek i… podgrzewania dyszy spryskiwaczy. Z tym ostatnim – przyznam szczerze – spotkałem się pierwszy raz. Podobnie jak z wejściem HDMI.

Nadal do końca nie wiem do czego normalnym użytkownikom może się przydać wejście HDMI, szczególnie gdy do obrazu ze względów bezpieczeństwa jest tylko dostęp podczas postoju. Można więc podpiąć sobie konsolę, albo poprzeglądać zdjęcia gdy czekacie na… hmm… to może przejdźmy dalej.

We wnętrzu w zasadzie jedyne do czego nie mogę się przyczepić to pozycja za kierownicą, która ma sporą regulację, dzięki czemu po maksymalnym opuszczeniu fotela, moja głowa nie chciała wywiercić szyberdachu. To miłe, bo nadal niestety spotykam się z sytuacją, że im większy samochód tym mniej przemyślane jest siedzisko.

Korando jest zaskakująco wygodny i przestronny. Na zdjęciach wydaje się być o wiele mniejszym samochodem niż w rzeczywistości jest. Tymczasem po wygodnym ustawieniu fotela kierowcy, nie miałem – mimo swoich gabarytów – problemów by usiąść na miejscu pasażera z tyłu. To również miłe.

Taki jest właśnie Korando. Jest miły. Nie zaskakuje, nie pobudzi waszych zmysłów, ani wyobraźni, ale spełnia swoją funkcję. Najbardziej jednak zaskoczył mnie silnik. W takich samochodach, można mieć 85% pewności, że napędzany będzie odpadem benzyny. Tym razem jednak udało się załapać do tych 15%. Pod maską testowanej sztuki został umiejscowiony dwu litrowy, wolnossący silnik benzynowy. Na tym musimy niestety zakończyć nasze zachwyty.

O ile w jeździe po mieście, która nie przekracza 60km/h, nie poczujemy żadnych niedostatków, to w sytuacjach, gdy potrzebne jest aktywne bezpieczeństwo, niestety 149KM nie wystarcza. Powyżej prędkości miejskiej dużo nie zdziałamy. Oczywiście jest możliwość rozpędzenia samochodu do prędkości autostradowych, ale niestety czas jaki to zajmuje jest już daleko od obecnych standardów.
Na pocieszenie powiem jednak, że gdy już osiągniemy upragnioną prędkość, to jedzie się całkiem przyjemnie. Co prawda sama nawigacja, choć korzystająca ze znanego nam systemu TomTom nie jest spolszczona, ale wszystkie systemy działają tak jak powinny. Korando jest nawet zdecydowanie bardziej cichy niż się tego spodziewałem. Nie porozmawiamy tutaj szeptem, ale też nie zedrzemy sobie gardła.

W mieście natomiast jest o wiele lepiej niż na trasie, ale to już zasługa bardzo przyjemnie zestrojonego zawieszenia. Korando bez problemu wyłapuje i radzi sobie ze wszelkimi nierównościami jakie napotka. Jeśli dodatkowo wyposażycie swoją sztukę w napęd 4×4 to bez problemu możecie pojechać nawet w sam środek lasu. Może nie przejedziecie na wprost przez bagno, ale z pewnością samochód umożliwi wam relaks z dala od miejskiego zgiełku i chaosu. Radości z jazdy dodaje jeszcze fakt, że Korando NIE jest wyposażony w system START/STOP. Nie mam pojęcia jak to zrobili, ale inni producenci powinni zdecydowanie podłapać ten patent na obejście tego irytującego systemu.

Najdziwniejsze jest jednak spalanie, które było strasznie ciężkie do ustalenia. W mieście w zależności od natężenia ruchu wartości były w sporym przedziale, bo między 6,5 a 8,5l, a w trybie autostradowym po kilkuset kilometrach udało się uzyskać średnią na poziomie 10,1l. Jak na takie gabaryty i automatyczną skrzynię biegów to nie są jakieś kosmiczne wyniki. Szkoda tylko, że sama gałka biegów chodzi topornie i jest nieco niewygodna, gdy musimy trochę pomanewrować przy parkowaniu. Na pocieszenie mamy kamerę cofania, która daje zaskakująco dobry obraz w nocy.

Cieszę się, że miałem okazję przetestować Korando. Chyba udało się uchwycić ten moment przemiany marki, gdzie ewidentnie zaczynają owocować inwestycje podjęte kilka lat temu. Od tego modelu wszystko może się zmienić. Korando nie jest perfekcyjny, w wielu aspektach nie jest nawet dobry, ale drzemie w nim ogromny potencjał, który sparowany z bardzo konkurencyjną ceną i 5 letnią gwarancją może kusić.

W końcu są to samochody, które nie odstraszają swoim wyglądem, a z tego co widać po nadchodzących premierach – będzie już tylko lepiej. Moim zdaniem SsangYong właśnie przechodzi rewolucję i niedługo trzeba będzie odłożyć w niepamięć czasy, w których był jedynie powodem do niesmacznych żartów. Zapiszcie moje słowa i za kilka lat możemy się rozliczyć – w przypadku innego koreańskiego producenta się nie pomyliłem. Oby historia powtórzyła się i tym razem.

  • Kruszewski

    Zgrabny suvik nie ma to tamto. Porównując ten model z tymi sprzed kilku lat to naprawde widać progres. Ciekawy jestem jeszcze nowego rextona. Trzeba będzie sie przejechać na targi do Nadarzyna i sprawdzić co to warte.

    • Rexton zapowiada się szczerze imponująco. To jest własnie chyba TEN moment odbicia się marki i zapoczątkowania przez nią nowej ery swoich samochodów 🙂

  • Mar Ek

    No nic brzydszego ,jak poprzednie modele ,nie mogli zrobic. To teraz moze bedzie tylko lepiej. Te Korando z przodu jest naprawde przyjemne,gorzej z tylem,ale coz …. jak mowilem ,teraz bedzie tylko lepiej (mam nadzieje) . Ogolnie przyjemne autko za rozsadna cene. No i te wejscie HDMI !!!! No XXI wiek panowie 😉