Blog

TEST: Skoda Kodiaq

Autor:  | 

Skoda dostarczyła w ubiegłym roku ponad 52 tysiące nowych samochodów swoim klientom w Polsce, dzięki czemu po raz ósmy została liderem naszego rynku. Wszystko to, zanim zaczęli sprzedawać swojego SUVa.

Cały motoryzacyjny świat zdaje się patrzeć dziś na Skodę z zazdrością. Czeski koncern z niemieckimi powiązaniami, lub, jak kto woli, niemiecki o czeskich korzeniach, świętuje nieprzerwane pasmo sukcesów już od niemal dwóch dekad. I nic nie wskazuje na to, że w kolejnych latach będzie inaczej. Zwłaszcza, że do salonów wjeżdża właśnie najnowszy hit sprzedaży tej marki.

Niedźwiedź, czyli Skoda Kodiaq dosłownie wyważa drzwi do salonów. Pod koniec lutego (kiedy tylko nieliczni widzieli go na żywo), liczba zamówień w przedsprzedaży przekroczyła tysiąc, a teraz prawdopodobnie rośnie w lawinowym tempie. Nie powinno to być zresztą dla nikogo zaskoczeniem. Ale czy samochód, który wkrótce spotkamy na każdym rogu jest wart tego szaleństwa? Postanowiliśmy się przekonać.

Bliższe spotkanie ze Skodą Kodiaq zaliczyłem już w Genewie, gdzie została zaprezentowana pierwszy raz od swojej oficjalnej premiery kilka miesięcy wcześniej. Co więcej, oprócz standardowej wersji, na parkiecie hal targowych znalazły się też warianty Sportline i Scout, które do sprzedaży trafią nieco później. Szczerze przyznam, że było to spotkanie udane, ale mimo wszystko nie ugięły się pode mną kolana. Może to za sprawą wystawowego otoczenia, a może po prostu nadal nie lubię SUVów.

Kiedy już trafił w nasze ręce, cóż… sprawiał wrażenie jeszcze mniej spektakularnego. Kodiaq jest wielkim autem. Ma niemal 5 metrów długości (4697 mm), dzięki czemu ma podobno największy bagażnik w swojej klasie, a opcjonalnie może pomieścić nawet 7 osób. Jednak z zewnątrz tego nie widać. A przynajmniej nie z każdej strony. Czeski SUV jest samochodem, który prezentuje się bardzo dobrze. Solidnie. Więcej niż poprawnie. Ale po prostu nie zwalił mnie z nóg, jak, dajmy na to XC90. I tak, zdaję sobie sprawę, że to trochę absurdalne porównanie. Ale Kodiaq jest równie konserwatywny, nieco bardziej kanciasty i doskonale wpisuje się w panujący obecnie, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu, trend redukowania obłości. Właśnie tak powinny wyglądać samochody tego segmentu, a nie jak czopki na dużych kołach. Widać wyraźnie, że projektując Skodę, nikt specjalnie mocno nie przejmował się aerodynamiką. Dzięki temu, Kodiaq zazwyczaj wygląda spektakularnie. Z drugiej strony, miałem też wrażenie, na szczęście tylko czasem, że przypomina jak Superba z nadwagą, albo spuchnięte Yeti.

Wątpliwości nie ulega natomiast fakt, że Kodiaq rzuca się w oczy. Zresztą drugi największy żyjący drapieżnik lądowy powinien się rzucać w oczy… tak dla bezpieczeństwa. Jednak w przeciwieństwie do swojego imiennika, Skoda ludzi przyciąga. Kiedy jeździliśmy bez celu z miejsca na miejsce, co chwila ktoś podchodził, zagadywał i chciał się zaprzyjaźnić. I to nie dlatego, że jesteśmy tacy przystojni. Ze wszystkich tych pogawędek można było wyciągnąć dwa wnioski – samochód podoba się ludziom i ich fascynuje, z drugiej strony wszyscy żałują, że to Skoda. Ja nie żałuję. Skoda Kodiaq ostatecznie bardzo przypadła mi do gustu i uważam, że na swojej półce cenowej jest to w tej chwili najlepiej wyglądający SUV.

We wnętrzu Kodiaqa próżno szukać ekstrawagancji i szaleństwa, bo to po prostu solidna i elegancka Skoda. Cała, nomen omen ogromna, przestrzeń została zagospodarowana w przemyślany i funkcjonalny sposób. Nie ma tu żadnych zbędnych zakamarków, czy nieistotnych przycisków. Wszystko jest po coś. No ok, oświetlenie ambientowe jest do ozdoby. A to, że można zmieniać kolory tego oświetlenia jest do zabawy. Ale poza tym, wszystko ma na celu komfort, funkcjonalność i bezpieczeństwo. Nie ukrywam, że w porównaniu z Kią Sportage, wnętrze niedźwiedzia jest trochę nudne. Z drugiej strony, kierowca Kodiaqa, nawet jeśli będzie prowadził go po raz pierwszy, prawdopodobnie nigdy nie pomyśli „Gdzie tu się włącza klimatyzację…” albo „Hmm… ciekawe do czego służy ten przycisk.”

Oprócz wzorowej ergonomii, Skoda Kodiaq może pochwalić się wieloma nietuzinkowymi rozwiązaniami. Oczywiście w drzwiach kierowcy i pasażera znajdują się ukryte parasolki. Jest też system Door Protect, który za pomocą wysuwanej plastikowej listwy chroni krawędź wszystkich drzwi podczas ich otwierania, a także karoserię aut stojących obok. Biorąc pod uwagę fakt, że za kilka tygodni na parkingach dominować będą za duże samochody, na za ciasnych miejscach, może się to okazać bardzo przydatną opcją. Ktoś lubi spać w podróży? Świetnie, specjalnie dla wszystkich śpiochów, zagłówki na tylnej kanapie można rozłożyć w taki sposób, aby głowa pogrążonego we śnie pasażera nie latała na wszystkie strony. No i jeszcze bagażnik… podobno największy w swojej klasie, wyposażony w praktyczne wieszaki, dzięki którym nie trzeba zbierać zakupów po powrocie do domu oraz mała, wyciągana i ładująca się w trakcie jazdy latarka LED. Fajnie? Pewnie, że fajnie, a to jeszcze nie wszystko.

Z rzeczy, które pokochają gadżeciarze Skoda Kodiaq posiada tzw. system Skoda Connect, który umożliwia podłączenie samochodu do Internetu. Dzięki temu, w trakcie podróży możemy być na bieżąco z wiadomościami, pogodą, dowiemy się gdzie możemy zaparkować albo zatankować. Jeśli natomiast ktoś zgubi swój samochód, to zawsze może go odnaleźć za pomocą aplikacji na telefonie. YouTube, Facebook i Twitter… NUDA. Teraz na swoim telefonie właściciel Skody będzie mógł analizować statystyki swoich podróży Kodiaqiem lub kontrolować niektóre funkcje auta.

Prawda jest taka, że mógłbym wymieniać i wymieniać, jakie opcje i możliwości oferuje Skoda Kodiaq, ale jeśli kogokolwiek to interesuje, to niech sprawdzi w katalogu, cenniku, albo organoleptycznie. Wizyta w salonie nikomu nie zaszkodzi, a i sprzedawcom przyda się miła odmiana od wypisywania formularzy zamówienia.

Na koniec zostawiłem najważniejsze – wrażenia z jazdy. Pod maską testowanej Skody klekotało poczciwe, wysokoprężne 2.0 TDI. Kultury pracy to to nie ma, ale przynajmniej można polegać na tych 190 koniach mechanicznych, które pracowały w naszej wersji. Silnik połączony był z doskonałą skrzynią DSG, a napęd przenoszony był na wszystkie koła. Całość na papierze wygląda bardzo dobrze. W rzeczywistości jest podobnie. Jest tylko kilka drobiazgów. Na przykład miałem wrażenie, że skrzynia biegów znacznie wyprzedza możliwości jednostki napędowej – kiedy ta pierwsza wrzuca wyższy bieg, tej drugiej przypomina się dopiero, że wczoraj była na grzybach. Dźwięk silnika dociera do wnętrza auta za pośrednictwem głośników… i nie jest to wzmocniony elektronicznie bociani język, tylko rasowy gang. Trzeba uważać, bo można dać się ponieść fantazji i wyglądać zabawnie dla gapiów stojących obok. Zwłaszcza, że diesel Volkswagena niczego nie udaje i pracuje w niedźwiedziu dosyć głośno.

Na szczęście Kodiaq jeździ znacznie lepiej niż brzmi. Teoretycznie przyśpiesza do setki w 8,6 sekundy, ale jeśli ktoś woli auta benzynowe, to 2.0 TSI jest szybsze prawie o sekundę. Jest też pewnie szybsze w spalaniu paliwa. A propos spalania – w katalogu i cenniku znajdziecie tabele z losowo wybranymi cyframi z kategorii pobożnych życzeń, prawda jest jednak taka, że największa ze Skód pali dużo. Nie bardzo dużo, ale dużo. W naszym teście najdłużej utrzymywały się wartości z przedziału od 9 do 10 litrów na 100 km.

Jak na tak spore auto Kodiaq prowadzi się bardzo przyjemnie. Układ kierowniczy jest precyzyjny, a zawieszenie sztywne, więc mimo wysoko zawieszonego środka ciężkości Skoda przesadnie nie buja się w zakrętach, jest przewidywalna i stabilna. No i siedzi się wysoko. Co prawda można obniżyć sobie fotel dość nisko, ale osobiście w SUVach lubię to, że siedzi się wyżej od innych. Może to właśnie sprawia, że wszyscy chcą je mieć.

Skoda Kodiaq może wkrótce stać się najpopularniejszym SUVem na naszych drogach. Jest to bardzo dobry samochód, który zadowoli wielu klientów. Na bardzo wielu polach zostawia swoją konkurencję daleko w tyle – zarówno tą z niższej, jak i wyższej półki. Jedyną rzeczą, która może zagrozić pozycji Skody, to nagły skok cen paliwa, bo nie należy ona do aut ekonomicznych. Z drugiej strony, żadne auto tego segmentu nie należy, a osoby kupujące SUVy, czy crossovery raczej liczą się z częstszymi wizytami na stacjach i szybko rosnącą liczbą punktów w programach lojalnościowych. W sumie, jak się nad tym trochę bardziej zastanowić, to gdybym jeździł SUVem, to może szybciej uzbierałbym punkty na ten odkurzacz… Gra wydaje się warta świeczki.

Na koniec trochę autopromocji – po pierwsze, jeśli jeszcze nie słuchaliście odcinka poświęconego Kodiaqowi, to zachęcam – LINK. Ponadto, powinniście też rzucić okiem na naszą galerię zdjęć, którą w pocie czoła przygotował Paweł z drobną pomocą – LINK. No i oczywiście nie zapomnijcie obejrzeć drugiego odcinka naszego Vidcastu na YT i subskrybować nasz kanał, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście – LINK. Dziękujemy Wam i dziękujemy dealerowi Skoda PEHAMOT ze Szczecina za użyczenie samochodu.