Blog

TEST: Renault Koleos

Autor:  | 

To był atmosferyczny paradoks, czyli ciepły październikowy wieczór. Termometr o 19:24 wskazywał 18 st. C. Paweł właśnie kończył swój test pojazdu na trasie Warszawa – Szczecin, bezpośrednio przyjechał do mnie w celu przekazania wozu.

Spodziewałem się czegoś mniejszego i nie mówię tu o Pawle, ponieważ wiem jak wygląda. Auto na samych prospektach wygląda nieco mniej okazale, a z salonu genewskiego mało co go pamiętam, po za tym, tam wszystko wydaje się mniejsze. Sam producent określa go mianem miejskiego crossovera, więc mogłem być zaskoczony. Po tym jak odwiozłem mojego kolegę, umyłem samochód i położyłem się spać – rano czekał mnie początek weekendowej przygody z Renault Koleosem. Akurat wyszło tak, że musiałem wyjechać zawodowo nad Bałtyk, zahaczając w tym o sobotę, niedzielę i… poniedziałek.

Był piątek, godzina 05:15. Poranek jak zawsze, bez wdrażania w szczegóły – z domu wyszedłem ok. 07:30. Na dworze panowała wilgoć, która nie wynikała z opadów, tylko z mgły, z którą powoli zaczynało walczyć słońce. Osiedle już w połowie opustoszało, a on stał w ten sposób jakby też był już po porannej toalecie, lekko ociekał strugami wody, możecie to interpretować jak wam się podoba… wyglądał świeżo i tyle, zachęcał do… wycieczki?

Przez pierwsze dwie godziny poruszałem się nim po mieście i zauważyłem, że pomimo wielu SUV-ów jakoś dziwnie się wyróżniałem. Startując, od razu przypomniały mi się jakże srogie, a zarazem pouczające słowa mojego większego kolegi: „tu jest taki guzik, żeby spalanie było o połowę mniejsze” – powiedział Paweł wskazując na przełącznik napędu w stan 2WD. Gówno prawda, ale o tym później. Jak zwykle posłuchałem się go, ponieważ widziałem z jakim średnim spalaniem mnie pozostawił, po ekonomicznej podróży po autostradzie A2, oczywiście w trybie ECO. Więc tak skomponowanym sterowcem ruszyłem w miejski zgiełk. Zużycie paliwa zaczynało rosnąć (zimny silnik i korki).

We wnętrzu czułem się bardzo dostojnie, tak jak każdy użytkownik dużego crossovera. Miałem nawet poczucie, iż nie jestem anonimowy, pomimo mojego osobistego wrażenia, że nie było mnie widać zza kierownicy. Środek naprawdę imponuje przestronnością, tego poczucia komfortu dodaje fakt testowanej wersji INITIALE PARIS. To najbogatsza z opcji w obecnych Renault. Skórzane podgrzewane i wentylowane fotele, podgrzewana kierownica, kamera cofania i milion czujek, które dają o sobie znać w każdej sytuacji podkreślają status auta.

Około 11:00 miałem plan znaleźć się już poza Szczecinem ale o 10:30 byłem umówiony z pewną Panią, która miała odbyć ze mną podróż do Koszalina. Celem mojej wyprawy było piękne nadmorskie miasteczko na literę „D”, które jest oddalone o 220 km od centrum Szczecina. Spotkaliśmy się o umówionej godzinie. Byłem bardzo ciekawy, czy uhonorowany przeze mnie komfort również pozostanie ze mną podczas podróży w trasie.

Za miastem znalazłem się o tak zwanym planie. Na początek kawałek autostrady. Postanowiłem nie zaniżać średniego spalania, gdyż byłem umówiony w Goleniowie na 11:30. Wszystko szło zgodnie z ustaleniami. Na początku sporo rozmawialiśmy, więc nie dostrzegałem minusów (chodzi mi o jazdę), później naszą dywagacje przerywały mi obowiązki służbowe i po wyjeździe z Goleniowa droga mijała bardzo szybko i przyjemnie, szczególnie po tym jak ukończyłem wszystkie rozmowy obowiązkowo-telefoniczne (oczywiście korzystając ze świetnego zestawu bezprzewodowego). Podróżowaliśmy cały czas w trybie ECO i z napędem 2WD („tu jest taki guzik…”). Średnie spalanie nieco zmalało i z 12l/100km spadło na 8,4l/100km. Słońce sięgało zenitu, rozmowa i pogoda nastręczały podróż miłą atmosferą, czułem się odprężony. Lekki dyskomfort powodowało u mnie samo zachowanie Koleosa. Trochę mniej pewnie się prowadził, sprawiał wrażenie osiłka, któremu brak pewności siebie. Wiedział że ma spore problemy z dynamiką, więc niezbyt zgrabnie zachowywał się w zakrętach.

Około godziny 14.00 dojechaliśmy do Koszalina. Tam pożegnałem moją Towarzyszkę ekskursji, gdyż wolała dalej podróżować autobusem. Dokonała tego wyboru jakieś dwie godziny wstecz, zaraz po stwierdzeniu, że fajny ale „dupy nie urywa” (mowa o Koleosie). Ja sam ukierunkowałem się w celu dalszych spotkań służbowych. Po dwóch godzinach jazdy po byłym mieście wojewódzkim udałem się w kierunku morza. Trochę było mi śpieszno, gdyż chciałem zdążyć przed zachodem słońca. Aaa, nie powiedziałem najważniejszego, moi koledzy stwierdzili, że skoro będę w tak malowniczych okolicznościach to może zrobię kilka zdjęć, nawet wyposażyli mnie w aparat, czy coś takiego („tu przyciskasz i na pewno ci się uda, każdy to potrafi”- Artur).

Nad Bałtykiem byłem około 17:30. Miałem okazję dojechać bardzo blisko morza… po piasku, więc postanowiłem dotknąć, tak na próbę, przycisk typu: „nie dotykaj, spalanie wzrośnie i będziesz miał na sumieniu wszystkie wiewiórki na świecie!!!”. Mając gdzieś rafinerie naftowe i Pawła włączyłem napęd na cztery koła jeszcze na asfalcie. Do wjazdu na piasek miałem jeszcze jakieś 400m, w tak krótkim czasie pojazd zmienił się nie do poznania.

Zanim dojechałem do plaży Koleos jakby odmłodniał o jakieś dwie dekady obecnie rządzącej partii. Napiął muskuły i ruszył do boju jak niedźwiedź, którego właściciel przez pierwsze cztery miesiące posiadania był pewny, że ma owczarka kaukaskiego. Kiedy dojechałem do piaszczystego terenu nie bałem się ani chwili, że się zakopię. Wtargnąłem na grząski teren niczym gąsienica na sałatę. Później udałem się w lekko pagórkowaty teren, oczywiście w celu kontynuowania sesji zdjęciowej. Nie mogłem zawieść kolegów, to było najważniejsze…

Wieczorem postanowiłem przetestować asystenta parkowania. Renault potrafił zaparkować wszędzie, dosłownie wszędzie tam, gdzie tylko sam sobie wybrał. Trzy razy podjął próbę na trawniku, raz próbował na masce Opla Vectry, a kiedy chciał wspiąć się na latarnie i ławkę jednocześnie dałem sobie spokój i jeszcze ten ksiądz z zakupami.

Pojazd ze stałym napędem 4×4 radził sobie fantastycznie zarówno w terenie jak i na asfalcie. Stał się lekki i zwinny pomimo swojej masy, jakby czekał kiedy pominę wszystkie przestrogi i dam mu tę możliwość wykazania się, nabrania pewności siebie. Przełamał stereotypy miejskiego crossovera, dla mnie był potężnym SUV-em pomimo niezbyt mocnego dwulitrowego, czterocylindrowego diesla o mocy 177 KM (jak na te gabaryty to niezbyt dużo). Sześciobiegowa automatyczna skrzynia biegów działała synchronicznie z przełożeniem napędu oraz samym motorem.

Pod wymówką zrobienia dobrych zdjęć przejeździłem po Pomorzu cała sobotę. Kiedy wracałem sam w poniedziałek, podróżowałem z włączonym „zakazanym” przyciskiem dotyczącym napędu i wyłączonym trybem ECO. Pojazd spalił średnio 7,4 l/100km, a najniższe spalanie osiągnąłem na poziomie 6,9l/100km. Nie wiem po co się wcześniej ograniczałem. Dodatkowo niesamowity komfort, który ten kolos oferuje… to wszystko sprawiło, iż droga powrotna była prawdziwym relaksem. A i nie uwłaczam tu mojej Towarzyszce podróży z pierwszego dnia, gdyż nie przez Nią ta różnica w spalaniu, to osoba bardzo lekka i filigranowa, tu chodziło o zestrojenie pojazdu, które można osiągnąć po dotknięciu dwóch niewielkich przycisków, zmieniając tym samym Koleosa o 180 st…

Podsumowując udały mi się chyba tylko dwa zdjęcia, kiedy emocje już opadły po moim odkrywczym pobudzeniu i ręce przestały mi się trząść (Paweł uznał, że zdjęcia są niewyraźne). Sam Koleos jest potężny i SUV-owaty. W obecnych czasach poruszanie się takim samochodem stawia Cię w pozycji zupełnie przeciętnej, anonimowej. Większość bierze Cię za bogatą żonę, starszego przedsiębiorcę lub kogoś, kto o czymś takim po prostu marzył całe życie (przedział wiekowy od 50 do 63 lata). Koleos jednak trochę łamie stereotypy. Jest oryginalny pod względem wizualnym, a przede wszystkim z powodu rzadkości występowania. Dowidzenja.