Blog

TEST: Nissan Qashqai

Autor:  | 

Qashqai – samochód o baśniowej wręcz historii. Zakładam, że gdy Japończycy odsłaniali go przed światem na targach motoryzacyjnych w 2006 roku, nie wiedzieli jeszcze, że na zawsze zmienią bieg historii.

W dobie gdy świat gonił za tym by kupować możliwie jak największe samochody, wszyscy wyadawać by się mogło wzdychali do ogromnych pojazdów klasy SUV. Potężne, ekskluzywne i drogie, bardzo szybko stały się symbolem luksusu i statusu społecznego.

Tymczasem Nissan na rynek wprowadził samochód – imitację, coś co w obecnych czasach nazywamy crossoverem. I tak rozpoczęła się rewolucja. Qashqai w błyskawicznym tempie zyskał na popularności i zdominował rynek, na wiele lat stając się najlepiej sprzedającym się samochodem (w swojej klasie oczywiście) w Europie.

Mamy już jednak 2018 rok, a większość producentów nadrobiła zaległości. Obecnie większość producentów ma już w swojej ofercie samochód, któremu przykłada się łatkę „crossover”. Jednym wychodzi to lepiej, drugim gorzej, co nie zmienia faktu, że Nissan musiał poczynić jakieś działania by zabezpieczyć przyszłość swojego złotego tworu.

Gdy w nasze ręce wpadł najnowszy Qashqai wiedziałem tylko jedno – z zewnątrz nabrał już na tyle sensownych kształtów, że mogę go nazywać pełnoprawnym samochodem. Zrezygnowano z obłych kształtów, które ustąpiły bardziej kanciastym załamaniom karoserii, co wyszło modelowi na dobre. Obecnie druga generacja po faceliftingu wyglądem bardzo mocno nawiązuje do swojego starszego brata, a zarazem mojego osobistego ulubieńca – modelu X-Trail.

Nieważne z której strony patrzeć na samochód, ciężko się do czegoś przyczepić. Nie oznacza to, że wygra wszystkie konkursy piękności, ale jest maksymalnie poprawny, więc nawet fan motoryzacji nie będzie musiał już wchodzić do garażu przy zgaszonym świetle.

Na uwagę zdecydowanie zasługuje sam przód samochodu, gdzie w ciekawy sposób zaznaczono wersję wyposażenia, którą sobie wybraliśmy. Tańsze „Kaszki” mają wypukłe logotypy Nissana, a te bogatsze znak chowają za dodatkową warstwą plastiku imitującego szkło, które możemy spotkać u jubilerów. Ciekawy zabieg z którym chyba wcześniej się jeszcze nie spotkałem.

Pochwalić przyjdzie mi również nie tylko projektantów nadwozia. Dawno już się nie spotkałem z samochodem w tym segmencie, który miałby tak przyjemnie dla oka zaprojektowane felgi. Zastosowanie dwóch kolorów – naturalnego aluminium oraz czerni – w sprytny sposób powoduje złudzenie optyczne, które dodaje lekkości całej konstrukcji. Dzięki temu felgi wydają się być zdecydowanie delikatniejsze, a zarazem zadziorne niż w rzeczywistości są.

Prawdziwym hitem jest jednak wnętrze. To zarazem element, którego bałem się najbardziej i który był jednym z niewielu, który przeszkadzał mi w X-Trailu. O ile druga generacja Nissana unowocześniła mocno wygląd zewnętrzny, tak samo wnętrze przez długi czas zatrzymało się w latach dziewięćdziesiątych. Było plastikowo, ponuro i archaicznie. Wnętrze Nissanów kompletnie nie pasowało do ich zewnętrznej aparycji. Aż do czasu faceliftingu.

Zasiadając do naszego egzemplarza, kompletnie nie wiedziałem na czym zawiesić oko, bo nie mogłem uwierzyć jak bardzo zmieniono wygląd wnętrza. To nie jest zwykły facelifting, tutaj nastąpiła absolutna rewolucja.

Zacznę od kierownicy, która zazwyczaj kierowcy w pierwszej kolejności rzuca się w oczy. Koniec z kółkiem, które miało wpisane gigantyczną trójkątną bułę i było powodem niejednego mojego koszmaru. W jej miejsce weszła świetnie zaprojektowana kierownica, o delikatnym wieńcu, ścięta u dołu z ergonomicznie porozmieszczanymi przyciskami i nie przytłaczającym wyglądem.
Moje oczy otwierały się coraz szerzej, a źrenice systematycznie się powiększały. Wszystko jest na swoim miejscu. Nawigacja ma fizyczne przyciski, więc nie musimy babrać się w dotykowych panelach. Nawet „zadrapaniolubne” wykończenie w błyszczącej czerni ograniczono do minimum. W naszej testowanej wersji okalało ekran nawigacji oraz występowało w roli cienkiej ramki dookoła skrzyni biegów.

Gdy spojrzałem w górę ujrzałem kolejny magiczny element. Przycisk do otwierania panelu panoramicznego dachu. W tym momencie znów pochwalę Nissana. To jest właśnie panoramiczny dach. Jeśli ktoś Wam stara się wmówić, że w samochodzie, który chcecie kupić jest panoramiczny dach, który kończy się szybciej niż zaczyna, to pokażcie mu Qashqai’a. Tutaj szyba kończy się za drugim rzędem siedzeń, więc dostarczy widoków i frajdy dla wszystkich podróżujących.

Na koniec pozostawiłem sobie coś co nazywam „testem Japońskiego wnętrza”. Z biegiem naszych testów zauważyłem, że część azjatyckich producentów projektuje swoje samochody do połowy. Nawet przy droższych modelach bywa tak, ze od góry, gdzieś mniej więcej do wysokości kolan, samochód może pływać w luksusie, a poniżej tego poziomu zaczyna się wylewać plastik i niemalże tandeta.

Z niekrytą radością muszę przyznać, że „Kaszka” kompletnie tego testu nie zdaje. Całe wnętrze jest bardzo przyjemnie zaprojektowane, a materiały z dolnej części nie odbiegają jakością od tych poziom wyżej. Nawet boczki przy skrzyni biegów obszyte są bardzo przyjemnym materiałem.

Ci, którzy przesłuchali 118 odcinek naszego podcastu pewnie wiedzą, że w momencie gdy zacznę pisać o wrażeniach z jazdy będę musiał się do czegoś przyznać. Jako, że do odważnych świat należy, muszę się oficjalnie przyznać do okrutnego błędu jaki popełniłem, spisując sobie notatki z testu.

Wszystkie musiałem zniszczyć. Miałem tutaj powypisywane informacje, że silnik daje sobie radę jako tako, że jeśli przymrużymy oko to jakoś tam przejdzie przez dzisiejsze standardy. W tym wszystkim jednak nie wziąłem pod uwagę podstawowego elementu. To Nissan. Mistrzowie dziwnych konfiguracji.

Gdy dostaliśmy samochód do testów wyposażony w automatyczną skrzynię biegów oraz benzynowy silnik, bez namysłu stwierdziłem, że musi być to jednostka o pojemności 1,6l i 163KM mocy. Nic bardziej mylnego. Automat (przy wersji benzynowej) występuje tylko z jednostką 1,2l o mocy 115KM. O sens tego zabiegu niestety mnie nie pytajcie, to jedna z zagadek nad którą pracuję od dłuższego czasu. Przemilczę też fakt, że jeśli celujecie w napęd 4×4 to jesteście skazani nie tylko na manualną skrzynię biegów, ale i silnik zasilany odpadem, tzw. dieslem.
Uświadomiony o swojej karczemnej pomyłce, wróciłem do pogniecionych kartek z notatkami. Zacznę oczywiście od faktu, że jak na tak małą jednostkę to dynamika jest wręcz zdumiewająca. Co prawda. Nie pobijecie nim rekordów na żadnym z torów, ale do miejskiej jazdy spisze się znakomicie.

Jedyne „ale” mam do samej kultury pracy tej jednostki. To silnik z którym musicie nieustannie komunikować się w poszukiwaniu najlepszego kompromisu. I pod żadnym pozorem nie naciskajcie przycisku „ECO”. Jeśli jednak się zapomnicie, to z pewnością spotka Was taki los jak nieświadomego mnie.

Uruchamiając tryb ECO i jeżdżąc rozsądnie choć dynamicznie, średnie spalanie jakie pokazał mi komputer zostało ustawione na poziomie 13,5l. Trzynaście i pół litra na sto kilometrów! Można poczuć się jak w rasowym sportowym samochodzie!

Podszedłem jednak do tematu na poważnie. Wyłączyłem muzykę i wsłuchałem się w dźwięk silnika. Bardzo szybko zrozumiałem jak poprawnie należy obchodzić się z pedałem gazu i w których momentach samochód reaguje na niego w zbyt gwałtowny sposób, trzymając w dodatku nie ten bieg co trzeba. Wyłączyłem i kompletnie wymazałem z pamięci też tryb ECO, od dziś nazywany przeze mnie „E, CO?”. Tym sposobem średnie spalanie w trybie miejskim udało się obniżyć do 8,4l co jest poziomem, który zdecydowanie można już zaakceptować.

Wierzę, że dłuższe obcowanie z samochodem z pewnością nauczyłoby mnie jak go skutecznie prowadzić i po pewnym czasie mógłbym wrócić do słuchania muzyki. Każdy samochód jest przecież inny, choć nie ukrywam, że dawno już nie musiałem tak bardzo pracować na wynik.

Podsumowując, Qashqai to w końcu ładny samochód o bardzo udanym wnętrzu i dziwnych konfiguracjach silnikowych. Aż prosi się tutaj o hybrydę lub przynajmniej automat dla mocniejszej benzyny. Może wtedy „E, CO?” miałby jakiś sens. W segmencie crossoverów będzie mu z sezonu na sezon coraz trudniej, ale obecne zmiany z pewnością zapewnią mu stabilną sprzedaż przez najbliższe lata.

Samochód do testów użyczył nam salon Nissan Polmotor ze Szczecina.