Blog

TEST: Mitsubishi Outlander

Autor:  | 

Jest jedna ważna rzecz, którą uświadomiłem sobie po tym, jak zająłem miejsce za kierownicą nowego Mitsubishi Outlandera – cholera, naprawdę polubiłem SUVy.


Outlander nigdy jakoś specjalnie mi się nie podobał. Po pierwsze, jeszcze trzy lata temu twierdziłem, że SUVy są złe, niepotrzebne i pozbawione sensu. Po drugie, ten model Mitsubishi nigdy nie wyglądał zbyt dobrze. Pierwsza generacja sprawiała wrażenie przerośniętego kombi, druga miała kształt bułki kajzerki bez nacięć. A potem dokleili jej przód od Lancera, co było najgorszym połączeniem białego pieczywa i motoryzacji w historii świata. Obecna, trzecia generacja tego auta, to już jednak nieco inna historia…

Nowy Outlander w końcu nabrał masy – jest szerszy, wyższy i dłuższy, dzięki czemu nie wygląda już jak pospolity crossover. Ponadto, odniosłem wrażenie, że inspiracją dla projektantów były starsze Range Rovery. Zwłaszcza z profilu. Dopiero później dowiedziałem się, że, na wzór brytyjskiej marki, Outlandera też można zamówić z nazwą modelu na masce. Niezależnie od tego, czy podobieństwa do niedoścignionego wzoru wszystkich SUVów są rzeczywiste, czy istnieją tylko w mojej wyobraźni, Mitsubishi jest ładne. Ponieważ urosło, w końcu prezentuje się jak godny przedstawiciel swojego segmentu. Nadwozie wręcz ocieka chromem, co w połączeniu z czarnym lakierem robi piorunujące wrażenie. Przód nie wygląda już jak garażowy tunning „na EVO”, a tylne lampy nie przypominają tarki do warzyw z powtykanymi w otwory diodami. Auto spodobało mi się na tyle, że od razu sprawdziłem, czy nie mam do czynienia z jakąś powiększoną, bogatszą i droższą wersją, a prawdziwy Outlander nie czai się gdzieś w jego bagażniku.

Na szczęście, w bagażniku znalazłem tylko trzeci rząd siedzeń, który podobno komuś się czasem przydaje i roletę, która najprawdopodobniej pochodziła z innego auta, bo nie dało jej się zasłonić. Nie wykluczam też, że po prostu nie umiałem jej obsłużyć. A skoro już o bagażniku mowa, to wnętrze nowego Outlandera zrobiło na mnie równie pozytywne wrażenie co zewnętrze, mimo, że kilka rzeczy zrobionych było po japońsku. Na przykład – kierownica jest obszyta skórą, gałka zmiany biegów również, ogólnie do jakości materiałów nie ma się co czepiać, tylko dźwignia hamulca ręcznego została zrobiona najgorszego kawałka plastiku jaki znaleziono w fabryce. Ponadto, pozycja za kierownicą jest trochę za wysoka. Za każdym razem, kiedy wsiadałem do środka, próbowałem bezskutecznie obniżyć fotel. Z drugiej strony, ja jestem wysoki – Michał, pewnie musiałby go maksymalnie podnieść i usiąść na poduszce.

Pamiętam jak kiedyś mój kolega znalazł L200 zakopane w ogródku. Mówił, że to fajny samochód, trochę plastikowy, ale nadaje się do parkowania gdzie popadnie. Tak rzeczywiście było, bo kabiny wszystkich modeli Mitsubishi jakimi do tej pory miałem okazję jeździć były raczej bie… minimalistyczne. W nowym Outlanderze jest lepiej. Środek wygląda naprawdę fajnie – cały kokpit jest trochę asymetryczny i lekko, wręcz niezauważalnie zwrócony w kierunku kierowcy. Tak jak już wspomniałem, siedzi się raczej wysoko, miejsca jest pod dostatkiem, a zastosowane materiały zachęcają do używania (poza ręcznym). Malkontenci pewnie będą narzekać na elementy w kolorze piano black, że się brudzi, rysuje i trzeba dopłacić. Mi się podoba.

WTEM pojawia się magiczne słowo „ergonomia”, które po japońsku oznacza „co by tu zrobić, żeby wszystko spie…”. Prawdę mówiąc, wcale nie jest tak tragicznie, ale dwie rzeczy znacznie wpłynęły na moją ocenę. Pierwszą z nich był przycisk do przeglądania komunikatów komputera pokładowego, który schowany został za kierownicą w prawdopodobnie ostatnim miejscu, w jakim można się go było spodziewać. Drugą torturą był proces połączenia telefonu z Bluetooth – podejrzewam, że się da, bo na liście były dwa sparowane telefony, ale sam nie przebrnąłem przez ten proces. Próbowałem, ale szybko doszedłem do wniosku, że samochód mam tylko na weekend, więc pojeżdżę z zestawem słuchawkowym. Niestety, oznaczało to również, że nie będę mógł słuchać swojej playlisty ze Spotify, tylko radia, które oprócz muzyki nadaje też reklamy… Moje zdanie o radiowych reklamach nie nadaje się do publikacji. Powiem tylko, że dowiedziałem się z nich, że hemoroidy bolą, kobiece upławy mogą mieć nieprzyjemny zapach, a po czterdziestce będę sikał w gacie bez kontroli. A to wszystko w niespełna 60 sekund. Radiowy blok reklamowy powinien być poprzedzony ostrzeżeniem – „Wszystko to, o czym nie powinieneś dowiadywać się podczas spożywania porannej kawy i hot-doga.” Poza tym, nowy Outlander jest raczej łatwy w obsłudze, pozbawiony zbędnych gadżetów i absolutnie poprawny.

Zachęcony pozytywnymi wrażeniami estetycznymi postanowiłem w końcu ruszyć z miejsca. Do dyspozycji dostałem Outlandera wyposażonego w 2-litrowy, wolnossący silnik benzynowy o mocy 150 KM. Ta poprawna, choć nieco już trącąca myszką jednostka napędowa współpracowała z automatyczną, bezstopniową skrzynią CVT. Niestety nigdy nie byłem i prawdopodobnie już nie będę fanem tego wynalazku. Bezstopniowe skrzynie biegów można znaleźć w wielu autach i w każdym działają trochę inaczej – raz lepiej, raz gorzej. Z jednej strony to automat, z drugiej, ich użytkownicy zgodnie twierdzą, że do jego obsługi trzeba się przyzwyczaić, wyczuć i samemu popracować trochę łopatkami, żeby wycisnąć jak najwięcej z samochodu. Ja podczas testu sobie to odpuściłem i jeździłem jak ze zwykłym automatem. Ten sposób też się sprawdzić i tylko czasami silnik wkręcał się na jakieś nienaturalnie wysokie obroty.

Co do dynamiki, to Outlander nie jest demonem prędkości – benzynowy motor rozpędza się do setki w około 12 sekund. Najszybszy jest dwulitrowy diesel z manualną skrzynią, ale i on potrzebuje do tego ponad 10 sekund. Mitsubishi jest za to stosunkowo ekonomiczne. Średnie spalanie na koniec testu zatrzymało się w okolicach 10 litrów. Dla porównania, Skoda Kodiaq z silnikiem wysokoprężnym zużyła mniej więcej tyle samo paliwa.

Wrażenia z jazdy są jak najbardziej poprawne. Outlander jeździ do przodu, do tyłu i skręca. Tak, w obie strony. Poza tym, za kierownicą nie doświadczymy żadnych emocji – zarówno tych pozytywnych, jak i, co bardzo ważne, negatywnych. Mitsubishi to komfortowe narzędzie do przemieszczania się. Idealne dla ludzi, którzy od samochodów oczekują tego, do czego zostały stworzone. A ponieważ Outlander jest teraz dużym SUVem, to oprócz komfortu możemy też liczyć na jego ponadprzeciętne bezpieczeństwo.

W teren nim nie wyjechałem, bo SUV to przecież nie terenówka, ale pokonałem kilka szutrowych skrótów. Na dziurach, podjazdach i w kałużach Outlander spisał się… poprawnie, więc jeśli ktoś planuje postawić sobie dom pośrodku działki siedliskowej, to Mitsubishi z pewnością sprawdzi się podczas przeprowadzki.

 

Równie poprawna co cały samochód, jest cena, która zaczyna się już od 99.990,00 zł. Oczywiście za przyzwoicie wyposażoną wersję trzeba zapłacić więcej (np. 115.990,00 zł za 2.0 Intense CVT 4WD), ale wciąż są to bardzo konkurencyjne stawki. Zwłaszcza biorąc pod uwagę rozmiary auta.

 

Mitsubishi Outlander urzekł mnie swoim wyglądem i sylwetką. Niestety, nie jak u Hitchcocka, napięcie zamiast wzrastać spadało w miarę jak bliżej się poznawaliśmy. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że zamiast emocjonalnej huśtawki, ten japoński SUV zapewni swoim właścicielom pewność, komfort i bezpieczeństwo. Jestem przekonany, że jest to samochód, który warto rozważyć. Zwłaszcza, jeśli auto wybiera się rozumem, a w mniejszym stopniu sercem.

Za użyczenie samochodu do testów dziękujemy dilerowi Mitsubishi – salonowi Auto Club Mitsubishi w Szczecinie.