Blog

TEST: Kia Stinger GT

Autor:  | 

Za każdym razem, gdy ktoś przy mnie wymawia słowa „Kia Stinger”, słyszę długi, jednostajny i powolny pisk. I nie jest to pisk opon. To długa, gruba i wyraźna kreska, która oddzieliła ostatecznie przeszłość marki Kia i wskazuje na nową przyszłość.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem plotki o sportowym samochodzie koreańskiego producenta, traktowałem je bardziej jako ciekawostkę. Jasne, Kia ma na swoim koncie usportowione samochody, jak chociażby model cee’d GT z benzynowym silnikiem o pojemności 1,6l. Czekałem, aż zza zasłony milczenia wyłoni się jakiś miejski, sportowy samochodzik, który będzie próbował konkurować z rasowymi hot-hatchami.

W pewnym momencie jednak coś sprawiło, że moja brew zaczęła wędrować coraz bardziej w stronę słońca. Kia udostępniła pewien krótki materiał ze słynnego toru Nürburgring i choć na materiale nie było wiele widać, to pewne elementy nie trzymały się kupy.

Po pierwsze, samochód nie wyglądał na zabawkę, po drugie, nie brzmiał na zabawkę, po trzecie, sama Kia nie sprawiała wrażenia, że ma zamiar zaprezentować zabawkę. Na oficjalny pokaz nie trzeba było długo czekać. W krótkim czasie cały świat poznał model Stinger.

Tak bardzo chciałbym uczestniczyć w spotkaniu, które zadecydowało o jego produkcji. Chciałbym poznać te wszystkie osoby, które zdecydowały się na zaprojektowanie, zbudowanie i sprzedaż tego pojazdu. Chciałbym zobaczyć, kto w momencie podejmowania tej historycznej decyzji miał większe oczy. Inwestorzy i akcjonariusze, którzy właśnie zatwierdzili projekt, czy inżynierowie, których spuszczono ze smyczy i pozwolono im na zakupy świąteczne w sklepie z częściami.

Efekt? Najlepszy jaki można sobie wymarzyć. Po pierwsze, Stinger jest ogromnym samochodem w 5-drzwiowym nadwoziu liftback. Oznacza to, że już samymi gabarytami będzie przykuwał uwagę ludzi, którzy znajdą się w jego pobliżu.

Po drugie, jest diabelsko piękny. Nieważne z którego kąta na niego patrzycie i na który detal zwracacie uwagę. Wszędzie jest masa szczegółów, na których warto zawiesić oko. Z przodu fantastyczne lampy z nietypowymi kierunkowskazami ułożonymi w małe wypustki przypominające plaster miodu. Mały grill, który nadaje całej stylistyce masywności i muskularności. Na masce dwa dodatkowe wloty powietrza. Z boku – bardzo nisko poprowadzona linia dachu, niskie zawieszenie i ogromne 19 calowe felgi o pięknym wzorze. Dodatkowe chromowane elementy przed przednimi drzwiami dodają smaku i charakteru. Tylne lampy mocno zachodzą na boki karoserii, dając Stingerowi bardzo unikatowy wygląd. Tego samochodu nie da się absolutnie pomylić z jakimkolwiek innym modelem. Z tyłu dwie podwójne końcówki wydechu i połączone lampy wykonane w technologii LED.

Gdy dostaje się kluczyki do Stingera, nie sposób po prostu wskoczyć do środka. Nie znam ani jednego przypadku osoby, która choć w minimalnym stopniu interesuje się motoryzacją, która najpierw by dokładnie nie obeszła samochodu dookoła. Z jednej strony wynika to z faktu, że nikt nie spodziewał się tak odważnego projektu po tej marce, po drugie, nawet, jeśli na masce nie byłoby znaczka KIA, to jest to szalenie udany projekt.

Wnętrze zaskakuje jeszcze bardziej. Pierwsze co rzuca się w oczy, to okrągłe, szprychowe otwory wentylacyjne, których raczej spodziewalibyśmy się po włoskich markach. Druga sprawa to jakość materiałów i dokładność wykończenia. Gdyby ktoś przewiązał mi oczy przepaską, bez chwili zastanowienia powiedziałbym, że siedzę w samochodzie marki premium. A tutaj cały czas, nieustannie, z uporem powtarzamy sobie pod nosem, że to jest KIA. To wszystko w połączeniu z genialną kierownicą, do której przyzwyczaiły juz mnie inne modele i mamy murowany hit. Do pełni szczęścia zabrakło mi jedynie jakiegokolwiek ambientowego podświetlenia. Te wszystkie kształty i materiały aż się proszą by wieczorową porą podkreślać je bogatym czerwonym kolorem.
Pozostaje rozsiąść się wygodnie, wtapiając się w mięciutką skórę nappa i odpalić silnik.

To jest ten krytyczny moment, który potrafił już niejednokrotnie położyć nawet najlepiej wyglądające samochody. Tutaj jednak każdy detal jest dopracowany. Nawet przycisk do uruchamiania silnika jest ładnie zaprojektowany.

Ten właśnie przycisk budzi do życia serce samochodu. 370KM wyciśnięte z 3,3 litrowego silnika V6. Tak, nadal mówię o modelu Stinger, nadal jest to KIA i owszem – samochód jest dostępny w naszych rodzimych salonach. Przed sobą widzę długą prostą. W głowie przerzucają się cyferki, w które nie do końca wierzę. Pokrętłem wybieram tryb samochodu na Sport+. Wciskam pedał gazu. 8-biegowa automatyczna skrzynia biegów w czasie mniejszym niż 5 sekund przestawia mnie i samochód z pozycji 0 km/h na 100 km/h. Jestem w szoku. Z niedowierzaniem znów patrzę na kierownicę. Dalej jest tam to samo logo. To uczucie absolutnie nie do opisania. To taka chwila, która budzi w każdym człowieku to specyficzne mrowienie gdzieś z tyłu głowy i ciarki na plecach. To dzień, w którym odzyskujesz wiarę w ludzkość, w rynek, w branżę i w motoryzację. KIA wygrała. Stworzyła samochód idealny.

To absolutnie jeden z najlepszych samochodów jakimi przyszło mi jeździć. W wersji GT z napędem na cztery koła może być potulny jak baranek, a my możemy relaksować się przy akompaniamencie naszej ulubionej muzyki, płynącej z 15 głośnikowego systemu Harman Kardon.

Wystarczy jednak jedno przesunięcie ręką, a samochód stanie się prawdziwym wyczynowcem, targając naszymi jelitami na lewo i prawo. Rzadko w tym świecie udaje się uzyskać kompromis, w którym samochód lubi zarówno delikatny, jak i agresywny styl jazdy.

Jedynym ogranicznikiem będzie nasz portfel, bo przy cięższej nodze samochód potrafi swoje spalić. Z drugiej strony, każda chwila z nim spędzona jest warta każdej złotówki.
To samochód, który oddzieli prawdziwych fanów motoryzacji od osób, dla których najważniejszy jest znaczek na masce. Możecie być więc pewni, że jeśli spotkacie Stingera na ulicy, to jego właściciel ma świetny gust.

Najlepsze jednak pozostawiłem na koniec. Ceny tego samochodu zaczynają się od 145 tys. zł. W takiej cenie możemy mieć 2 litrowy silnik o mocy 255KM z taką samą 8-biegową automatyczną skrzynią biegów i napędem na… tylną oś. Tak, wiem co piszę.

Nawet jeśli zdecydujemy się na testowanego przeze mnie potwora z silnikiem V6, to za bogato wyposażoną wersję nawet nie zbliżymy się do pułapu 250 tys. zł. To wynik, o którym konkurencja – biorąc pod uwagę moc i osiągi – może jedynie pomarzyć.

W czasach, gdy coraz częściej mówi się o końcu motoryzacji, o tym, że już niedługo my – kierowcy – nie będziemy w ogóle potrzebni, KIA Stinger jest prawdziwym promykiem nadziei na lepsze jutro.

Za użyczenie samochodu, dziękujemy salonowi Kia Polmotor ze Szczecina.