Blog

TEST: Ford Mustang GT

By  | 

To truizm, ale w tym przypadku jak najbardziej na miejscu – istnieją samochody, na widok których serce zaczyna bić mocniej. Ford Mustang z całą pewnością należy do tej grupy, więc kiedy otrzymałem kluczyki do testowego egzemplarza, musiałem się zmierzyć nie tylko z pięciolitrową bestią, ale również z podwyższonym ciśnieniem tętniczym i palpitacją.

Historia Mustanga jest imponująca i napisano o niej już chyba wszystko. A ponieważ nie jestem ekspertem od czasów zamierzchłych, to ograniczę się do przywołania dwóch istotnych dat – jego produkcja zaczęła się w 1964 roku (o czym zresztą przypomina subtelna tabliczka na desce rozdzielczej z napisem „SINCE 1964”). Drugi ważny moment w dziejach Mustanga to rok 2014, kiedy to po pięćdziesięciu latach nieobecności, trafił on w końcu do oficjalnej sprzedaży w Europie przy okazji szybko stając się jednym z najlepiej sprzedających się samochodów sportowych na starym kontynencie.

Szczerze przyznam, że Ford nigdy nie był moim pierwszym wyborem z gamy prawdziwych amerykańskich muscle carów. Mimo to, bardzo ucieszyła mnie perspektywa jego poprowadzenia. Kiedy w końcu już dorwałem kluczyki, emocje sięgnęły zenitu. Opanowałem drżenie kolan, nasty raz wytarłem wilgotne dłonie i podszedłem do naszej szarej testówki z dużym emblematem 5.0 na przednim nadkolu. Nie kontemplowałem wyglądu najnowszej, szóstej już generacji Mustanga zbyt długo. Miałem już kilkukrotnie okazję podziwiać tę długą maskę zwieńczoną pochylonym grillem. Doskonale znałem też piękną sylwetkę w stylu fastback. Nie zastanawiałem się też jaka wymyślna technologia sprawia, że tylne światła wyglądają tak świetnie. Chciałem tylko otworzyć masywne drzwi, oczywiście pobawione ramek, i zasiąść za kierownicą tej dzikiej bestii.

Z gracją wślizgnąłem się do środka i zacisnąłem dłonie na kierownicy tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Bez zbędnej zwłoki odnalazłem przycisk uruchamiający silnik i zrobiłem z niego właściwy użytek. Nagle do moich uszu dotarł powalający gang pięciolitrowego silnika V8 powodując największe ciarki jakich w całym swoim życiu doświadczyłem. Wyłączyłem radio, zapiąłem pasy i ruszyłem, a przy każdym muśnięciu pedału gazu uśmiech na mojej twarzy robił się szerszy i szerszy, aż w końcu kącikami ust sięgałem uszu. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Jak wygląda wnętrze Mustanga? Hmm… niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie zbyt szczegółowo. Prawdopodobnie jest więcej niż przyzwoicie. Jest kierownica, gałka skrzyni biegów (w naszym przypadku automatycznej), skórzane fotele, zegary i pewnie cała masa innych rzeczy, na które kompletnie nie zwróciłem uwagi. Absolutnie nie dlatego, że były marnej jakości, ale dlatego, że kompletnie mnie to nie interesowało. W Mustangu spędziłem zbyt mało czasu, żeby znudził mi się dźwięk V8 i chciałoby mi się testować zestaw głośników. Przejechałem zbyt mało kilometrów, żeby szukać opcji ECO i zbierać zielone listki. Zresztą, cały tzw. infotainment w Mustangu był mi zbędny i nie jestem w stanie nic o nim powiedzieć. Może poza faktem, że połączenie telefonu z zestawem głośnomówiącym poszło mi łatwo i przyjemnie.

Pozycja za kierownicą okazała się świetna. Chociaż powoli zaczynam nabierać przekonania, że mam tak uniwersalne gabaryty, że czuję się bardzo dobrze w niemal każdym aucie. Przez wąską przednią szybę cały czas widać tę ogromną, niekończącą się maskę z drapieżnymi przetłoczeniami. Niestety, żeby kontrolować światła na skrzyżowaniach, trzeba się trochę pochylić. Ale to nic, bo jak już zapala się zielone, wystarczy wcisnąć gaz, żeby momentalnie się wyprostować.

Pierwsze kilometry w Mustangu podszyte były odrobiną strachu i onieśmielenia. Na szczęście te uczucia szybko ustąpiły radości z jazdy, która towarzyszyła mi przez cały test. Muszę jednak podkreślić, że nie okiełznałem bestii do końca. Jak tylko poczułem się zbyt pewnie, auto dawało mi delikatnie do zrozumienia, żebym jednak zachował wzmożoną czujność. Koniec końców, nasza współpraca przebiegła więcej niż pomyślnie.

Wspominałem już, że testowaliśmy tego „prawdziwego” Mustanga z pięciolitrową V-ósemką. Ta na wskroś amerykańska, wolnossąca jednostka generuje 421 KM i zawrotne 530 Nm momentu obrotowego. W sam raz, żeby napędzana tylna oś starała się wyprzedzić przednią za każdym razem, kiedy obejdziemy się z pedałem gazu bez należytego rozsądku. Z drugiej strony, kiedy już lepiej wyczuje się auto, to prowadzi się ono bardzo przyjemnie. Zarówno na prostych, jak i w zakrętach.

Przyśpieszenie od 0 do 100 km/h to zaledwie 4,8 sekundy. Ale to nie sprint do setki przysparza w Mustangu największej frajdy, tylko absolutnie fantastyczny, bulgoczący dźwięk jednostki napędowej. W ciągu całego testu ani razu nie włączyłem radia, a ponieważ na zewnątrz było względnie ciepło, to przez większość czasu miałem też otwarte okno. Napawałem się. Przy okazji udowodniłem żonie, że brzmienie samochodu jest ważne, a moje dzieci jeszcze przez kilka dni chodziły po domu warcząc.

Tak. To nie przywidzenie – zrobiłem test rodzinny Mustanga. Bez większych problemów wrzuciłem do tyłu dwa foteliki z dziećmi i ruszyłem w miasto. Maluchy się cieszyły, ja się cieszyłem, a moja żona nabrała przekonania, że ma jednak trójkę dzieci. Trudniejsze okazało się podwiezienie później mojej drugiej połówki i jej dwóch koleżanek na imprezę. Wbrew danym w dowodzie rejestracyjnym, ciężko uznać Mustanga za samochód w pełni czteroosobowy. Jednak przy odrobinie determinacji, o którą w tym przypadku nietrudno, da się.

Moje spotkanie z jedną z ikon motoryzacji napełniło mnie emocjami i adrenaliną, a jednocześnie pozostawiło mnóstwo niedosytu. Jestem pewien, że te kilka dni, kilkadziesiąt kilometrów i cztery baki paliwa to zdecydowanie za mało, żeby poznać wszystkie możliwości Mustanga. Gdybym jakimś szczęśliwym splotem przypadków stał się w przyszłości właścicielem takiego Forda, to jestem w stanie stwierdzić z pełnym przekonaniem, że minęłoby całkiem sporo czasu, zanim nauczyłbym się wykorzystywać w całości jego potencjał. Co więcej, prawdopodobnie dopiero wtedy odważyłbym się wyłączyć kontrolę trakcji i zaczął odkrywać go na nowo.

Testując samochód, który można spokojnie określić mianem legendarnego, nieco niespodziewanie znalazłem się bliżej spełnienia moich motoryzacyjnych marzeń niż kiedykolwiek. Co więcej, rzut oka w cennik Forda pozwolił mi utwierdzić się w przekonaniu, że realizacja akurat tego konkretnego marzenia nie byłaby aż tak nierealna. Mustanga można umieścić w swoim garażu już za 162.000 zł. Za jedynie słuszną wersję, czyli 5 litrowe V8 trzeba zapłacić jedynie 21.000 zł więcej, ale moim zdaniem warto. W tym porównaniu 2,3 litrowy EcoBoost wypada blado. Owszem, jest szybkie, zużywa odrobinę mniej paliwa i można go połączyć z głośnym układem wydechowym. Jednak tylko dźwięk V8 z rana odgoni wszystkie troski dnia. Charakterystyczny bulgot na wolnych obrotach umili czas spędzony w korkach. A za sprawą częstszych wizyt na stacjach paliw, można błyskawicznie zapełnić dom nagrodami z programów lojalnościowych.

Długo spierałem się z Pawłem o to, czy Mustang to potencjalnie drugi, czy trzeci samochód w rodzinie. Wychodzi na to, że pierwszy, bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że mając takiego rumaka w garażu, wybrałbym się na przejażdżkę czymś bardziej przypominającym hulajnogę. Przynajmniej dopóki nie osiągnąłbym limitu na karcie kredytowej.

Za użyczenie samochodu dziękujemy salonowi Bemo Motors w Szczecinie. Jeśli macie ochotę pokontemplować także wygląd Mustanga, to zapraszamy do naszej galerii. Możecie także posłuchać co mieliśmy do powiedzenia na temat mocarnego Forda w 98. odcinku podcastu.