Blog

TEST: Ford EcoSport ST-Line

Autor:  | 

Czy wiecie skąd biorą się nazwy samochodów? Kto o nich decyduje? Kto je zatwierdza? Jak długo trwa proces myślowy od momentu spisania słowa lubi kombinacji słów na kartce, to momentu pierwszego wytłoczenia emblematu?

Są producenci, który w pewnym sensie idą na łatwiznę nazywając swoje samochody liczbami i symbolami klasy, bądź reprezentowanego segmentu. Jest to skuteczna metoda by uniknąć problemów związanych z tłumaczeniami i znaczeniami danej nazwy na całym świecie.

Z tym właśnie boryka się druga grupa. Podejmuje większe wyzwanie i każdemu modelowi nadaje unikatową nazwę. To o wiele większe wyzwanie, bo nagle okazuje się, że coś co w jednym kraju może oznaczać moc i zwinność, w drugim jest żargonowym zwrotem na psie odchody.

Marka Ford na przełomie swojej historii nie miała większych problemów z nazwami samochodów. Chyba, że ktoś jeszcze rozpamiętuje Forda Pinto – ojca znanego nam Escorta – który w Brazylii podniósł wyjątkową ilość brwi.

Poza tym, Ford ma na swoim koncie wiele nazw, które stały się w motoryzacji kultowe: Escort, Scorpio, Mustang, czy nawet Transit, to tylko wierzchołek góry lodowej. Gdy zobaczyłem więc nazwę testowanego przeze mnie modelu, coś we mnie zgrzytnęło.

Mimo panującego mrozu, sopli wystających z nosa, stałem jak wryty patrząc na samochód, który na klapie bagażnika miał napisane EcoSport. Po pierwsze, nazwa mało wyszukana i mało oryginalna, ale skoro już taka jest, to ją przeanalizujmy.

Eco jak mniemam pochodzi od słów ekonomia lub ekologia. Sport, prawdopodobnie pochodzi od sportu, problem w tym, że jeszcze nie odkryłem jakiego. Mały crossover z dużym prześwitem, który stał przede mną, nie sugerował mi ani ekonomicznej jazdy, ani nie zachęcał mnie do pojechania na siłownię.

Sam kształt samochodu jest dosyć zaskakujący jak na Forda. Ciężko nie odnieść wrażenia, jakby komuś podczas jego projektowania przez przypadek nie przeskalował się projekt. Jego mała szerokość absolutnie nie pasuje do reszty gabarytów.

Potem mamy przód samochodu. Bardzo masywny, stylistyką nawiązujący do pickupa – Ranger’a. To troszkę dziwna kombinacja na małym samochodzie. Przypomina troszkę nastolatka, któremu po raz pierwszy wykiełkowały wąsy pod nosem i dumnie je nosi do momentu w którym sam nie zrozumie, że wygląda to co najmniej dziwnie.

Z profilu nasz EcoSport prezentuje się chyba najlepiej. Linia samochodu pochylona w dół dodaje mu dynamiki i jest całkiem przyjemna dla oka. Tył niemalże całkowicie pionowo ścięty, ale jak szybko się przekonałem – miało to swój powód. Bagażnik tego samochodu otwiera się bowiem jak drzwi. Dawno już nie spotykałem się z takim rozwiązaniem, ale nie ukrywam, że jest ono wygodne gdy nie mamy ochoty lub siły mocować się z podnoszeniem czy opuszczaniem dużej i ciężkiej klapy, a nie zainwestowaliśmy w automatyczne zamykanie. Nie sposób też nie dodać, że klamka od bagażnika została sprytnie ukryta w prawej lampie samochodu. Śmiało możecie robić test na spryt wśród znajomych – tylko ostrzegam – róbcie to pod nadzorem, bo znam osoby na tyle zdeterminowane, że mogłyby w napływie przyzwyczajeń oderwać całą rejestrację. Jest nawet opcja by jeszcze bardziej udziwnić stylistykę samochodu, montując mu dojazdowe koło zapasowe na klapie bagażnika. Wtedy można już kompletnie się pogubić.

Następnie wsiadamy do środka. W tym momencie dzieje się coś magicznego, coś co nagle w kilku chwilach potrafi uzmysłowić sens istnienia tego samochodu. Po pierwsze pozycja za kierownicą jest bardzo wysoka, co sprawia, że mamy ogromne pole widzenia. W połączeniu z faktem, że EcoSport jest wąski, mamy wrażenie, że siedzimy o wiele wyżej niż w rzeczywistości. Sama pozycja za kierownicą, jest w 100% nastawiona na komfort. Miałem okazję spotkać się z kilkoma osobami – rówieśnikami Michała – którzy od samochodu wymagają przede wszystkim wygody. Tutaj nikt nie narzekał. Do Forda wsiada i wysiada się wyjątkowo wygodnie. To jedna z tych chwil gdy nagle zacząłem to mocno doceniać. Jasne, fajnie jest mieć samochód, gdzie nasze pośladki stają się jednością z asfaltem, ale fajnie jest nie cierpieć i nie krzyczeć na każdym parkingu.

Drugi element, na który z pewnością zwrócicie uwagę to… cisza. Jestem w absolutnym szoku, jak dobrze – jak na samochód tego segmentu – został wyciszony EcoSport. Z racji ogromnej popularności crossoverów, mieliśmy już okazję przetestować ich wiele i właśnie odkryłem nowego zwycięzcę. Nie wiem w jak dużej mierze odpowiedzialna była za to opcjonalna, wytłumiająca hałas szyba, ale z pewnością warto w nią zainwestować.

Jeśli natomiast wolicie łechtać swoje bębenki muzyką to śpieszę poinformować, że ten samochód można wyposażyć w system nagłośnienia B&O Play – czyli system przygotowany przez kultową już markę Ban & Olufsen. Nie spodziewajcie się rekonstrukcji koncertu z filharmonii, ale też szykujcie się być ponownie zaskoczeni, bo system złożony z 10 głośników gra wyjątkowo dobrze.
W całym samochodzie to jednak nie nazwy bałem się najbardziej, tylko silnika. To kolejne moje spotkanie z jednolitrową jednostką. Ostatnia taka przygoda skończyła się dla mnie traumatycznie. Ta była dodatkowo najsłabszą benzyną w gamie – 125KM. Jeśli troszkę dorzucimy, możemy wykrzesać z niej 140KM, lub zaszaleć i zdecydować się na 1,5, generującym też 125KM, ale z napędem na wszystkie koła (choć niestety w dieslu).

Przy okazji, nie wiem dlaczego Ford tak chętnie się chwali tym, że wszystkie silniki zostały wyposażone w automatyczny strart-stop. W skrócie ASS. Tak, to nie żarty, gdy będziecie szukali swojego egzemplarza, niejednokrotnie natkniecie się na pełną nazwę np. Ford EcoSport Titanium ASS.
Wracając jednak do samych silników, wątpię by ktoś wybierał EcoSportem na safari, więc skupię się na testowanej jednostce. Nie oszukujmy się, nie jest to demon prędkości. Pierwszą setkę osiągamy w czasie poniżej 13 sekund, drugiej setki już się nie doczekamy. Jak jednak nauczyło mnie doświadczenie, te samochody zostały stworzone do jazdy miejskiej, a tutaj najważniejsza jest elastyczność.

Tutaj też Ford zbiera plusa. Lata doświadczenia z silnikami z serii EcoBoost się odpłacają. To zdecydowanie najprzyjemniejszy silnik jednolitrowy z jakim miałem styczność, bijący konkurencję na głowę pod kątem elastyczności i przyjemności z jazdy. Do prędkości miejskich samochód dobija zwinnie i bez problemu. Czasami trzeba go wzbić na wyższe obroty, ale w przeciwieństwie do innych samochodów tutaj nie ma się wrażenia, że robi się mu krzywdę. Wręcz przeciwnie, EcoSport znosi je dzielnie i daje się namówić na dynamiczniejszą jazdę.
Ostatecznie samochód mnie absolutnie zaskoczył. Mimo absurdalnej nazwy i nieco karykaturalnego kształtu, jeździło mi się nim bardzo przyjemnie. W miarę miękkie zawieszenie, duży prześwit i małe gabaryty idealnie radziły sobie z miejską dżunglą.

Najpozytywniej jednak zaskoczyła mnie cena. Z szyberdachem, systemem B&O Play, wyciszającą szybą, pakietem ST-Line i kilkoma innymi gadżetami – metka na samochodzie nie przekroczyła 90 tys. zł. Jeśli zrezygnujecie z szyberdachu, lepszego nagłośnienia i pakietu stylizacyjnego, cenę możecie zbić o prawie 10 tys.

Gdybym miał się kiedykolwiek decydować na mikrolitrażowy samochód z przeznaczeniem miejskim, to właśnie odkryłem swojego nowego króla rankingu. Pytanie czy kiedykolwiek zdecydowałbym się na małego crossovera to już jednak temat na zupełnie inną bajkę.

Za wypożyczenie samochodu dziękujemy salonowi Ford Bemo Motors ze Szczecina. Nie zapomnijcie o galerii!