Blog

TEST DŁUGODYSTANSOWY: Kia Niro #01

Autor:  | 

Gdybym spotkał się teraz z samym sobą z przeszłości, ten młodszy zapewne pukałby się w głowę. Jak to się mogło stać? Ja, osoba która zawsze gdzieś wewnętrznie poszukiwała różnych doznań motoryzacyjnych stała się posiadaczem crossovera. Samochód, który reprezentuje tak wyśmiewany przez pierwsze odcinki podcastu segment, teraz stoi w garażu. W dodatku jest biały. Czy zwariowałem? To wszystko wina podcastu.

Przez ostatnie kilka lat miałem niesamowitą okazję przetestować kilkadziesiąt samochodów. Każdy z innej beczki. Każdy mnie czegoś uczył. Każdy pokazywał elementy które mi się podobały w motoryzacji. I tak zaczęły się moje poszukiwania złotego środka i kompromisu, który zaspokoi jak najwięcej moich potrzeb.
Pierwszym elementem była ekonomia. Nie będę się tutaj rozpisywać się o trujących dieslach (które naturalnie odpadły w przedbiegach) czy o samochodach dla których średnie spalanie w dwucyfrowej liczbie to norma. Nie o to chodzi. Ja lubię jeździć. Nic nie sprawia mi większej frajdy niż świadomość, że w każdej chwili mogę wsiąść do samochodu i po prostu pojechać przed siebie. Im dalej, tym lepiej. To jazda jest przyjemnością i radością.

Oczywistym jest, ze większą frajdę miałbym robiąc wycieczkę w super sportowym samochodzie z widlastą ósemką pod maską, rozkoszując się widokami włoskich gór i symfonią wydobywającą się z tłumika. Problem polega na tym, że taką trasę mógłbym robić raz na kilkanaście lat o ile udałoby mi się choć częściowo spłacić taki okaz radości.
Drugi element to praktyczność. Tak, praktyczność. Człowiek, który całe życie zasiadał za sterami dziwnych pojazdów zapragnął odrobiny normalności. W przeciwieństwie do mych podcastowych kompanów, nie jestem też zdania, że mały samochód coupe jest w stanie być dobrym samochodem rodzinnym. Zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko się da. Znam osoby, które potrafią do muscle cara spakować rodzinę z dziećmi i jechać na drugi koniec Polski. Tylko to wszystko już przerabiałem. Tym razem chciałem choć raz zapewnić wszystkim moim podróżnikom – wliczając w to oczywiście moje psy – najlepsze warunki podróżowania.

Trzecim elementem są gadżety. Jestem typowym geekiem i gadżetomanem. Uwielbiam wszelkie nowinki technologiczne, które mniej lub bardziej ułatwiają nam życie. Lata testów wygenerowały u mnie całą listę rzeczy, które chciałem mieć w samochodzie.

Koniec końców szukałem taniego w eksploatacji, praktycznego samochodu, wypchanego po brzegi gadżetami. Jeśli brzmi to zbyt idealnie to może właśnie zaczęliście iść tokiem mojego rozumowania.
W szranki do walki o miejsce parkingowe w moim sercu stanęły dwie korporacje z dwóch różnych kontynentów. Europę reprezentowała grupa VW ze Skodą Superb i Seatem Leonem na czele.
Ten pierwszy jest jednym z moich ulubionych samochodów. Superb jest absolutnie piękny, świetnie wykonany, rozsądny cenowo, a w dodatku można mieć go w szalonym smoczym kolorze. Na testach zrobiłem nim kilka tysięcy kilometrów, mieliśmy też okazję wybrać się nim do Genewy i każdy z tych wyjazdów wspominam niesamowicie dobrze. To samochód niemalże perfekcyjny, który dla pasażerów z tyłu jest bardziej łaskawy niż niejeden samochód klasy premium. W dodatku w wersji z silnikiem 1,8, który jest połączony z automatyczną skrzynią DSG absurdalnie mało pali. Niestety Superb pada też ofiarą własnej dobroci. Całe to miejsce, które oferuje musi też oddać na zewnątrz. To ogromny samochód, który choć banalnie prosty w manewrowaniu, potrzebuje swojego kawałka ziemi i terenu.

Po Superbie przyszła fascynacja Leonem. Zdecydowanie mniejszy samochód, który w obecnej generacji stylistycznie przypomina mi jedną z moich miłości motoryzacyjnych – Focusa ST drugiej generacji, którego przez bardzo krótki okres byłem szczęśliwym posiadaczem. Leon był bardzo zbliżony technologicznie do Superb’a, co oczywiste, w końcu to ten sam koncern. Problem jednak w tym, że jako hatchback był tyci za mały, a jako kombi był… no cóż… kombi.

Przeprawiłem się więc na inny kontynent by kontynuować moje poszukiwania. Ostatecznie zatrzymałem się w Korei, gdzie stacjonuje Kia – marka, która od kilku lat nieustannie robi wszystko by mnie do siebie przekonać.
Tutaj też niestety nie było łatwo. Nawet największy magnes marki – Stinger – odpada z tego samego powodu co Superb. Manewrowanie tym kolosem to nie jest coś czego chciałbym doświadczać przy bardziej napiętym harmonogramie biznesowym.
Sorento? Tylko diesel. Szybko się pożegnaliśmy. Duże nadzieje pokładałem w Stonicu, choć to bardzo mały samochód. Niestety gama silnikowa skutecznie mnie zniechęciła. Silnik 1,6T jest dostępny tylko w siostrzanej Konie. Nowy Ceed był dopiero w zapowiedziach, pełen jeszcze dziwnej pisowni i apostrofów.
Najdłużej zatrzymałem się przy Optimie i Sportage. Jeśli śledziliście moje recenzje z pewnością wiecie, że Optima GT jest jedynym kombi, które mi się autentycznie podoba. To zdanie podtrzymuję do dziś, niestety to nadal kombi, a dwulitrowa wersja potrafi wymagać bardzo dużo benzyny.
Najbliżej mi więc było do Sportage. Ścięta kierownica, świetne wyposażenie, nienaganny wygląd. Wydawało mi się, że wszystko miałem poukładane. Miałem nawet przygotowaną wymarzoną konfigurację. Do momentu gdy nie zabrałem się na dłuższą przejażdżkę poza miasto. Wyższe zawieszenie i prędkość autostradowa pozbawiły mnie złudzeń. To nie jest samochód który spełnia pierwszy punkt moich założeń.

Nie wiedziałem co zrobić. Jeszcze nigdy wybór samochodu nie sprawił mi tylu problemów. Czy szukałem samochodu zbyt idealnego? Czy z każdym, nawet najbardziej fantastycznym samochodem, musi być „coś nie tak” według mojego „widzi-mi-się”?

Nie mam pojęcia jak w końcu trafiłem na swoją wybrankę. Może przypomniał mi się mój własny test? Może gdzieś natrafiła się reklama w telewizji? Niro. Dlaczego o nim nie pomyślałem? Zacząłem szybko wertować swoją listę. Ekonomiczny? To hybryda. Praktyczny? Podwyższony crossover, którego bagażnik ponad dwukrotnie przekraczał pojemność mojego poprzedniego samochodu. Wygląd? To nadal Kia, która obecnie wyjątkowo podchodzi mi swoją stylistyką. Gadżety? Podgrzewana kierownica, nagłośnienie JBL, ładowarka indukcyjna, aktywny tempomat. Lista nie miała końca.

I tak, po kilku miesiącach stałem się posiadaczem Kia Niro – najbardziej przemyślanego samochodu w mojej historii. Tym samym zabiorę was na przygodę, której właśnie doświadczam. Jako świeżo upieczony użytkownik hybrydy w moim nowym cyklu i teście długodystansowym poznacie nie tylko moje doświadczenia z samym samochodem, ale będziecie mogli zajrzeć też w głąb mojego pokręconego umysłu i zaznacie mojego szalonego toku rozumowania.