Blog

TEST: 2 x Hyundai Kona

Autor:  | 

Hyundai Kona to, jakby go określił Michał, samochód z segmentu niepotrzebnych. Jednak ten niewielki, miejski SUV to jeden z kilku kandydatów na hit sprzedaży w nadchodzących miesiącach, a my sprawdziliśmy dlaczego.

W świecie motoryzacji, podobnie jak w świecie mody, różne trendy przychodzą i odchodzą. W ostatnich dziesięcioleciach byliśmy świadkami boomu na nadwozia typu kombi, bo były duże i praktyczne. Fakt, że kiedyś większość z nich wyglądała jak karawany i woziła głównie powietrze nikomu zdawał się nie przeszkadzać. Długo trwała też ślepa fascynacja silnikami wysokoprężnymi, bo były taaaaakie oszczędne i „ekologiczne”, aż w końcu okazało się, że wcale nie. Później na dobre rozkręcił się XXI wiek. Słówko „ECO” odmieniono na wszystkie możliwe przypadki. Producenci prześcigali się w tym, który samochód przejedzie więcej na jednej kropelce paliwa, zapominając przy okazji, że auto to nie tylko narzędzie do przemieszczania się. Aż tu nagle przyszła moda na SUVy i wszystko, o czym właśnie wspomniałem straciło znaczenie.

Wbrew pozorom, najczęściej spotykane samochody tego segmentu nie są wcale tak praktyczne i pakowne, jak dawniej chętnie wybierane kombi. Nie są także ekonomiczne, ani specjalnie ekologiczne, ale ponieważ są tak popularne jak kukurydza w kolbach na polskich plażach w lipcu, to każda motoryzacyjna marka na świecie pragnie mieć w ofercie przynajmniej kilka SUVów. Tylko jak przekonać klientów latami uczonych skrupulatnego sprawdzania danych o zużyciu paliwa, że ciężkie, wysokie auto z napędem na cztery koła musi pić więcej.

Otóż nie da się. Dlatego specjaliści od marketingu wzięli się za odmianę słowa SUV i powstały takie wersje jak miejski SUV, crossover, a nawet mini crossover. Zyskując nowe, fikuśne nazwy, niegdyś terenowe samochody straciły swoje najważniejsze atrybuty. Napęd 4×4, reduktor, czy silniki o wysokim momencie obrotowym stały się zbędnymi i drogimi dodatkami. Pozostał zwiększony prześwit i plastikowe nakładki na nadkolach. Natomiast pod maskę trafiły silniki, które do tej pory napędzały zdalnie sterowane zabawki dla dzieci. I właśnie w takiej rzeczywistości debiutuje na rynku Hyundai Kona.

Na razie jest dostępny z dwoma silnikami benzynowymi, z których jeden ma trzy cylindry, niecałe 1000 cm3 pojemności i uzyskaną dzięki doładowaniu moc 120 KM. W tym momencie powinienem usłyszeć chór zdziwionych krzyczący „CO TAKIEGO!?” Ale nie usłyszę, bo podobne jednostki napędowe znaleźć można we wszystkich samochodach tego segmentu. Ba, w wielu przypadkach są to główne propozycje, a czasem nawet jedyne. No i nikogo to już nie szokuje. A szkoda, bo moim zdaniem dajemy się trochę robić w balona.

Ale dość utyskiwań na motoryzację naszych czasów, złych marketingowców i cwanych księgowych. Czas przejść do meritum, którym jest dziś Hyundai Kona. Mimo oczywistego skojarzenia, koreańska marka ma się bardzo dobrze. Nazwa modelu nie jest czasownikiem, a odwołuje się do zachodniego regionu hawajskiej wyspy Hawai’i. Jednak słowo Kona nie tylko w Polsce okazało się marketingowym koszmarkiem – np. w Portugali okazało się być zbyt podobne do określenia pewnych intymnych części kobiecej anatomii. Dlatego na tamtejszym rynku auto nazywa się Hyundai Kauai.

O wielkich aspiracjach Hyundaia Kony niech świadczy fakt, że za jego projekt odpowiada niejaki Luc Donckerwolke. Projektant, który w swoim portfolio ma takie auta jak Lamborghini Diablo VT 6.0, Murcielago i Gallardo, Bentley Flying Spur oraz EXP 10 Speed 6, czy Skoda Octavia Mk1, nie raz udowodnił, że wie jak wykorzystać swoją wyobraźnię. Nie inaczej jest w przypadku jego najnowszego dziecka. Na pierwszy rzut oka, Kona szokuje. Karoseria była podobno inspirowana pancerzem Iron Mana i muszę przyznać, że choć nie jestem fanem komiksowych bohaterów, to pewne podobieństwa dostrzegam. Z pewnością najbardziej charakterystyczny jest przód auta – wąskie lampy u góry, szersze poniżej… i jeszcze halogeny. Kaskadowe ułożenie świateł w Konie prezentuje się zaskakująco ciekawie i zadziornie. Zresztą tego typu rozwiązania nie powodują już zdziwienia, czy rozbawienia jak jeszcze kiedyś reagowano na przykład na Juka.

Większość małych SUVów, to samochody o dość przeciętnych rozmiarach, które plasują je gdzieś pomiędzy segmentem aut kompaktowych, a miejskich. Hyundaiowi, dzięki kilku sprytnym rozwiązaniom udało się uzyskać wrażenie muskularnej solidności. Wyraźne przetłoczenia karoserii, „ochraniacze” błotników z tworzywa sztucznego i szeroki grill podkreślają waleczny charakter Kony. Animuszu dodaje kontrastujący z resztą nadwozia czarny dach oraz duże, nawet 18-calowe felgi. I czy tylko mi zapalone wieczorem tylne lampy kojarzą się ze zmrużonymi kocimi oczami?

Wnętrze Hyundaia jest zdecydowanie mniej kosmiczne, chociaż kilka drobnych elementów wyróżnia auto z tłumu. Mam tu na myśli głownie Pakiet Styl, w którego skład wchodzi lepsza tapicerka foteli, kilka skórzanych elementów więcej i to, co najważniejsze – dodatki w kolorze limonkowym lub czerwonym. Przez dodatki mam na myśli pasy bezpieczeństwa, przeszycia foteli i kilka ramek na desce rozdzielczej. To drobiazgi, ale nadają wnętrzu cennego kolorytu.

Cała reszta kabiny jest zupełnie poprawna i solidna, a ja cały czas jestem pod wrażeniem jak wielkie postępy robi Hyundai z każdym kolejnym prezentowanym przez siebie samochodem. Pomiędzy obecnymi modelami tej marki, a autem mojej żony jest tylko sześć lat różnicy, ale jakość wykończenia wnętrza (i nie tylko) dzielą lata świetlne. Takie tempo rozwoju jest więcej niż imponujące i jasno pokazuje jakie ambicje ma koncern z Seulu.

Pozycja za kółkiem nie zaskakuje. Siedzi się stosunkowo wysoko, wygodnie i, prawdę mówiąc, nie ma się do czego przyczepić. Kierownica przyjemnie leży w dłoniach. Przyciski na desce rozdzielczej są dostępne na wyciągnięcie ręki. Na dodatek są duże i czytelne – mocna 5 za ergonomię. Przestrzeni jest wystarczająco dużo, a ponieważ auto jest podwyższone, to montaż dziecięcych fotelików nie sprawia najmniejszych problemów.

No dobra, rodzina spakowana, kolorowe pasy zapięte, czas ruszyć w drogę na poszukiwanie emocji. Do testów otrzymaliśmy dwa auta. Pierwszy z nich miał malutki silnik, napęd na przednią oś i manualną skrzynię biegów. Jest to wersja, która świetnie sprawdzi się w mieście, gdzie nie trzeba rozwijać dużych prędkości, a sprint do 60 km/h jest o wiele bardziej istotny niż sprint do „setki”. Jak już pisałem wcześniej, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, tego typu jednostki montuje się w niemal wszystkich autach segmentu małych SUVów. Argumenty przytaczane za tym rozwiązaniem są przeróżne – począwszy od dynamiki i wielkich osiągnięć downsizingu, na ekonomice kończąc. Problem w tym, że małe crossovery z silnikami, które świetnie sprawdzają się w autach miejskich, nie są ani specjalnie dynamiczne, ani ekonomiczne, ani fajne, ale to ostatnie, to już moje subiektywne odczucie.

Jednak kontynuując wątek silników muszę przyznać, że Hyundai zasługuje na SŁOWA UZNANIA PISANE CAPS LOCKIEM I POGRUBIONĄ CZCIONKĄ. Wszystko za sprawą drugiego testowanego egzemplarza – wersji z silnikiem 1,6 T-GDI, która jest absolutnym ewenementem w tym segmencie! Moc – 177 KM, moment obrotowy – 265 Nm, napęd na cztery koła oraz siedmiobiegowa, dwusprzęgłowa automatyczna przekładnia DCT. To chyba obecnie najmocniejszy i najszybszy samochód w swojej klasie. Pierwszą setkę osiąga w 7,9 sekundy, a napęd przenoszony na wszystkie koła zapewnia, komfort i kontrolę niezależnie od panujących na drodze warunków. Obie wersje Kony prowadzą się bardzo dobrze. Układ kierowniczy jest dość precyzyjny, zawieszenie stabilne, a auto niepotrzebnie się nie buja i nie reaguje na boczne podmuchy zbyt gwałtownie. Oczywiście mocniejszy model jest pewniejszy i dostarcza znacznie więcej frajdy z jazdy. W przeciwieństwie do swojego słabszego brata, doskonale sprawdzi się nie tylko w mieście, ale również w trasie. A co najciekawsze, podczas naszego testu, różnica w średnim zużyciu paliwa pomiędzy oboma modelami oscylowała w okolicach 1-2 l/100 km na korzyść trzycylindrówki. Przy czym warto dodać, że wszystkie wartości były wyższe od tych podawanych w katalogu producenta. Różnica w cenie pomiędzy dwoma wersjami to około 20.000 zł, ale moim zdaniem zdecydowanie warto dopłacić.

Mam trochę nadzieję, że z Koną będzie jak z Mustangiem – niby można kupić wersję eko, ale i tak wszyscy decydują się na pięciolitrowe V8. Chciałbym, żeby Hyundai wspólnie ze swoimi klientami zagrał na nosie konkurencji, którzy wsadzili pod maski swoich aut żenujące silniczki i twierdzą, że wszystko jest w porządku. Nie do końca zgadzam się z Michałem, że nowy Hyundai to przedstawiciel segmentu aut niepotrzebnych, i marzy mi się, żeby kiedyś wypróbować ten model w wersji N, o którym się nieśmiało wspomina. Pogodziłem się z modą na SUVy, bo ona pewnie też kiedyś przeminie, a ja zapewne właśnie wtedy na jakiegoś się skuszę. Jednak jeśli już kiedyś kupię sobie miejską terenówkę, to chciałbym móc wybierać spośród takich, które mają mocne silniki, napęd 4×4 i żeby trudno było je zmieścić na parkingu pod dyskontem.

Za użyczenie samochodu do testów dziękujemy dilerowi Hyundai Auto Club Szczecin. Zapraszamy również do obejrzenia pełnej galerii i posłuchania opinii nas wszystkich w 108 odcinku podcastu DoDechy.