Blog

Road to Geneva…

Autor:  | 

Budzik zadzwonił o piątej rano, ale już mnie nie wyrwał ze snu. Od przynajmniej kilku minut, z szeroko otwartymi oczami czekałem na jego dźwięk. Emocje powoli nabierały intensywności. Pół godziny pózniej jechaliśmy już z Pawłem w kierunku Genewy na 85 Międzynarodowe Targi Motoryzacyjne.

1275 km, tyle mieliśmy do przejechania. Jak zapewne nie trudno się domyślić, dominującym tematem naszych rozmów były… kiepska pogoda, która, pomimo usilnych starań, nie popsuła nam humorów i samochodu, bo przecież nie mogło być inaczej.

Z rozczarowaniem stwierdziliśmy, że Niemcy zbiednieli, bo na trasie nie spotkaliśmy żadnego interesującego auta. Za to liczba mijających nas Audi i BMW (z kolosalną przewagą tego pierwszego) była tak przytłaczająca, że doszedłem do słusznego wniosku o wykreśleniu obu marek z listy wymarzonych zakupów. Paweł z kolei próbował mi wmówić, że czerwone światła stopu w nowych Mercedesach wcale nie są czerwone, tylko „najładniejsze ze wszystkich świateł stopu na rynku….” Cokolwiek miał na myśli, nie przekonał mnie. Mimo, że używał wyszukanych słów jak magenta, czy coś…

Niemieckie autostrady były tego dnia dość niegościnne. Minęliśmy po drodze dwa wypadki, które skutecznie opóźniły nasz dojazd o co najmniej dwie godziny. Chciałbym też podkreślić w tym momencie, że niemieckie służby drogowe wcale nie działają jakoś specjalnie sprawniej niż nasze.

Po niespełna dwunastu godzinach przekroczyliśmy, nie niepokojeni przez nikogo, granicę Szwajcarii i pierwszy raz wjechaliśmy do tego kraju, kiedy było jeszcze jasno. Ustawiliśmy na tempomacie 120 km/h i szykowaliśmy się na ostatni odcinek naszej podróży. W końcu zaczęły pojawiać się ciekawe auta na drodze. Po części dlatego, że kurs franka jest jaki jest i ich stać, a także dlatego, że Paweł zasnął. WTEM! Zaatakował nas trzeci tego dnia imponujący korek na autostradzie spowodowany… Nie zgadniecie… Możecie próbować, ale i tak nikomu się nie uda… Spowodowany tym, że po lewym pasie jechał z prędkością pędzącego żółwia samochód zamiatający drogę. Eskortowany był przez dwóch smutnych panów w pomarańczowych strojach, którzy wzięli na siebie obowiązek kierowania ruchem rozwścieczonego tłumu w szybkich autach.

Nierozpieszczani przez pogodę i służby drogowe, około godziny 20:00 dotarliśmy do hotelu z najmilszą obsługą jaką kiedykolwiek miałem okazję się spotkać. Odebraliśmy klucz do pokoju i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Jutro trzeba wcześnie wstać…

Kiedy powoli układaliśmy się do snu, pod naszymi oknami rozległ się głośny dźwięk silnika. Wyjżeliśmy i zobaczyliśmy jak pewien Szwajcar próbuje jakoś sensownie zaparkować swoje Ferrari FF. Nie szło mu za dobrze. Jakby to powiedział mój kolega „samochód gwizda, lecz kierowca…”