Blog

RECENZJA: WRC6 (PS4)

By  | 

Jest wiosna, wstaje słońce, dzień budzi się do życia. Podróżujecie przez środek lasu swoim samochodem. Wszystko dookoła pachnie sosną, lawendą i miodem z uli. Pokonujecie kolejne pagórki, a piach wydaje delikatnie kojący szum odbijając się od nadkoli. Jedyny problem w całej tej scenerii to fakt, że tak naprawdę pędzicie 180km/h. Jeśli zwróciliście uwagę na chociażby jeden niepotrzebny szczegół otoczenia, to prawdopodobnie właśnie przelatujecie nad urwiskiem i czeka was twarde lądowanie.

WRC to sport tak przerażający, że trzeba mieć jaja wielkości przestrzeni ładunkowej 9 osobowego vana. Jeśli więc nie ciągniecie nic za sobą po podłodze każdego ranka, może jednak warto rozpocząć swoją przygodę od gry. Tak się dobrze składa, że na rynku zadebiutował właśnie WRC6, czyli gra na pełnej licencji tego szutrowego szaleństwa.

Nie będę owijać w bawełnę. Obecny rok jest wyjątkowo łaskawy dla graczy lubujących się w wirtualnej motoryzacji. Praktycznie nie mieliśmy miesiąca, by na półki sklepowe z piskiem nie wjeżdżał jakiś mniejszy lub większy tytuł. Dlaczego więc w całym tym natłoku powinniśmy sięgnąć po WRC6?
Na kilka dni postanowiłem się oderwać od innych ścigałkowych przygód, by powdychać trochę zapach wirtualnych spalin na łonie natury.

Gry o tematyce rajdowej zawsze były dla mnie pewnego rodzaju abstrakcją. Niezależnie od tytułu traktowałem je jako wyzwanie dla najlepszych i najbardziej wtajemniczonych kierowców. W moim wyobrażeniu zawsze wyróżniali się bardzo drogimi plastikowymi kierownicami oraz bardzo dziwnymi fotelami w salonie. Strasznie ciężko jeść w nich obiad, ale świetnie nadają się do zmagać po cyfrowych trasach.

Podobne obawy miałem przed zagraniem w WRC6. Wiem, że seria nigdy nie aspirowała do miana symulatora, ale wizja krzyczącego pilota zawsze gdzieś wywołuje pewien niepokój z tyłu mojej głowy. Może po prostu nie lubię jak ktoś na mnie krzyczy? Spodziewałem się, że moja przygodna z rajdami w głównej mierze będzie sprowadzała się do sprawdzania składu kory na drzewach i jakości piachu na urwiskach. Szczególnie, że uzbrojony byłem w najzwyklejszego pada.

Tymczasem już pierwszy wyścig testowy bardzo mnie zaskoczył. Nie pobiłem w nim żadnych rekordów, nie dojechałem jako pierwszy, ale dojechałem. Byłem z tego dokonania niesamowicie dumny. Usiadłem więc wygodniej, zamknąłem oczy i przestawiłem się na tryb rajdowy.

Rajdy to nie przelewki. Tutaj nie ma czasu na podziwianie widoków, zerkanie w lusterka i zachwycanie się krajobrazem. Nie ma też czasu by myśleć o pracy, problemach i czy nakarmiliście swojego psa (zróbcie to proszę przed graniem). Może właśnie dlatego tego typu gry dostarczają, aż tyle radości. To chyba jedyne wyścigi, które wymagają absolutnego skupienia i pełnej koncentracji.
Gdy oczyścicie swój umysł polecam też zerknięcie do opcji ustawień pada, gdzie można ustawić intensywność sterowania jak i siłę reakcji na pedał gazu i hamulca. Jest to kosmicznie ważne w przypadku jeśli waszym łącznikiem z wirtualnym światem będzie tak jak w moim przypadku pad. Moją ulubioną konfigurację znajdziecie poniżej.

Mózg ustawiony, pad ustawiony, fotel ustawiony, pies nakarmiony. Odliczanie. Start. Gaz do dechy. Palce zaciskają się tak kurczowo na padzie, że ten aż zaczyna skrzypieć. Pierwszy zakręt, drugi, nawrotka. Gaz, gaz, gaz.

Mógłbym wypisywać teraz odczucia pełne różnych przymiotników, ale przejdę do sedna. Muszę to od razu wyrzucić z siebie bo nosi mnie aż mnie nosi. Ze wszystkich gier motoryzacyjnych w jakie grałem przez ostatnie lata, śmiało stwierdzam, że WRC6 ma najlepszą optymalizację pod pada z jaką się spotkałem.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie do końca tak by się zachowywał samochód w rzeczywistości. Nie jest to symulacja pełną gębą i nigdy nie będzie. I całe szczęście! Rzeczywistość wcale nie jest taka kolorowa i zabawna. W przeciwnym razie wszyscy zamiast siedzieć przed telewizorami, ścigalibyśmy się po lasach pożerając kolejne zakręty i zbierali piach na maskach.
Uchwycenie balansu pomiędzy dobrą zabawą, a realizmu to największe wyzwanie jakiemu – w moim mniemaniu – musi sprostać developer. Tutaj udało się to perfekcyjnie. W błyskawicznym tempie zaczynam chwytać jak samochód reaguje na moje ruchy i tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Dzięki temu zamiast skupiać się na analizowaniu pełnej fizyki oddziaływania kamyczka na gumę opony, mogę skupić się na pokonywaniu własnych barier. Ten ostry zakręt? Wydaje mi się, że mogę pokonać go szybciej. Po chwili jednak przekonuję się, że zamiast prostej za zakrętem mam gębę pełną siana. Może jednak nie można.

Restartuję wyścig – i tu szok. Brak jakichkolwiek ekranów ładowania. Nawet odliczanie do startu zostaje skrócone z 5 sekund do 3. Panie i panowie z Kylotonn Racing Games – kocham Was! Każdy developer powinien brać z was przykład! Nie ma nic bardziej zniechęcającego do grania niż długie czasy ładowania, szczególnie gdy po raz osiemnasty wylatujemy z tego samego zakrętu. W WRC 6 gra się rewelacyjnie.

Graficznie jest oczywiście trochę gorzej jeśli porównamy ją do konkurencyjnych gier wyścigowych. Uwierzcie mi jednak, że jedyną osobą, która będzie w stanie zobaczyć cokolwiek poza kolejnym zakrętem będzie osoba, która ogląda jak gracie. Chyba, że lubicie oglądać powtórki własnych przejazdów.
W zasadzie poziom graficzny to jedyna rzecz, której mogę się przyczepić. Poziom wykonania odcinków jest trochę nierówny. Z jednej strony mamy niesamowitą Finlandię, która nawet przy średniej oprawie graficznej ma niesamowite widoki, a z drugiej strony niektóre odcinki w Portugalii wydają się być troszkę plastikowe. Na PS4 spotkałem się też z drobnymi spowolnieniami animacji, które w grach wyścigowych są kategorycznie zabronione. Najdziwniejsze są jednak momenty ich występowania. Znikają tak samo szybko jak pojawiają, przez co ciężko stwierdzić skąd w zasadzie się biorą. Nie sądzę by było to coś, czego nie da się naprawić patchem.

Zdziwienie też budzi kilka nietypowych rozwiązań jak chociażby małe i tajemnicze kłęby piachu, które znajdują się w niektórych sekcjach trasy. Gdy napotkałem je za pierwszym razem, byłem przekonany, że dogoniłem właśnie jakiegoś pechowca, którego samochód odpoczywa w rowie na dachu. Myliłem się. Jak się okazało na powtórce, owe tajemnicze piaskowe mgły wywoływane są przez helikopter zawieszony nad trasą. O ile ma to sens na otwartej przestrzeni, tak w środku lasu potrafi podnieść brew mocno w górę.

Braki w grafice owocują też niestety momentami dziwną detekcją kolizji. Zdarza się, że bardzo chuderlawy płotek zatrzyma nasz samochód wywracając go na dach, a byle gałązka sprawi że zwątpimy czy właśnie nie jesteśmy uczestnikami jazdy figurowej na lodzie. W dodatku nasze samochody są praktycznie niezniszczalne, co z pewnością zasmuci największych fanów ultra realizmu. Trzeba się nie lada natrudzić by unieruchomić nasz pojazd, ale z drugiej strony celem rajdu nie jest rozerwanie rajdówki na elementy pierwsze, a dowiezienie jej na linię mety.

Ostatnia „rzecz” do której mogę mieć żal to pilot. Nie mam do niego pretensji za moje wyniki, ale mam wrażenie, że nie zawsze do końca odrabia swoje lekcje. Potrafi krzyczeć i mówić bardzo szybko, ale czasami zdarzają mu się wpadki. Ich waga zależy tylko i wyłącznie od tego jak bardzo polegacie na wskazówkach słownych.

Wyobraźcie sobie, że pędzicie przez trasę polegając tylko i wyłącznie na głosie kolegi z sąsiedniego fotela. Jesteście absolutnie skupieni na trasie, wyniku i utrzymaniem samochodu w granicach wyznaczonej drogi. Dostajecie komunikat by nie ścinać kolejnego zakrętu, bo po jego wewnętrznej stronie znajduje się bela siana, a za nią kolejny zakręt w przeciwną stronę. Mój mózg koduje więc informację by za belą siana rzucać tył samochodu w drugą stronę. Mijacie zakręt. Siana nie ma. W ułamku sekundy wybijacie się z rytmu, a rozproszony mózg stara się odkopać informację czy na pewno byłą mowa o jakimś sianie. Zanim to ustali, samochód zostaje zaparkowany na poboczu wśród fanów. Na szczęście obejdzie się bez drastycznych scen, bo gra szybciutko restartuje pozycję waszego samochodu i przyznaje karę za bliskie spotkanie z publicznością. Tamten facet przecież cały czas robił zdjęcia na leżąco.

Takich sytuacji nie ma wiele, a jak są i bardzo przeszkadzają – zawsze można ograniczyć ingerencję pilota lub polegać wyłącznie na znakach pojawiających się na górze ekranu. Co najważniejsze, z radością mogę stwierdzić, że nie popsuło mi to zabawy.

Wyróżnić natomiast trzeba jakość dźwięku. Jeśli zaopatrzymy się w dobre słuchawki i dodatkowo wybierzemy kamerę ze środka samochodu to zagwarantujemy sobie immersję na najwyższym poziomie. Dźwięk furczącego jak szalony silnika i nieustannie sypiący się spod kół żwir robią fantastyczne wrażenie i będą wywoływać gigantyczny uśmiech na waszych twarzach. Chyba, że usłyszycie jak jedna z waszych opon właśnie została przebita i zaczynacie zmagać się z jazdą na gołej feldze. Wtedy ewidentnie mina może zrzednąć.

Kolejna sprawa to licencja, dzięki której mamy dostęp nie tylko do wszystkich nazwisk, ale i samochodów z klas Junior WRC, WRC 2 i oczywiście samego WRC. Spieszcie się szczególnie kochać samochody spod znaku „Das Auto”, bo ich ostatnie poczynania marketingowe nie wróżą niczego dobrego.

Jeśli są nazwiska i samochody to muszą być też i trasy. Do wyboru mamy pełen kalendarz tegorocznego cyklu WRC. Łącznie to prawie 70 odcinków o długości ponad 400km. Jest też oczywiście i rajd w Polsce. Dodatkowo developer zarzeka się, że odcinki super specjalne zostały odwzorowane w skali 1:1. Miło.

Każda gra rajdowa czy wyścigowa, nieważne jak bardzo obfita w trasy, samochody czy zawodników musi mieć jeszcze element motywujący do grania – czyli tryb kariery. Tutaj zaczynamy od najniższej możliwej klasy, czyli Junior WRC, gdzie pędzimy sobie przez lasy małym Citroenem C3. Ten samochodzik ma jednak 230 KM, więc zdziwi niejednego gracza. Najbardziej zdziwią się Ci, który na co dzień grają w gry w których dla podobnych wyników trzeba zasiąść za kołkiem bardzo drogiego i błyszczącego samochodu sportowego. Tutaj natomiast brud, błoto i piach to nasza dodatkowa powłoka lakiernicza.

W trybie kariery nie jesteśmy oczywiście sami – jest cały zespół. Z początku mamy bardzo ograniczone pole wyboru, ale już wtedy możemy zdecydować do jakiej filozofii nam bliżej. Są zespoły, które najbardziej cenią sobie samochód, więc najważniejsze byś ukończył rajd zostawiając jak najmniej wgięć na waszej wspólnej perełce. Ci drudzy jak łatwo się domyśleć mają odmienne zdanie. Po trupach do celu. Choćby z 3 kołami o ile dzięki temu dojedziecie na metę 2 sekundy szybciej. W zależności od wybranego teamu, na każdy rajd będą wam stawiane inne wymagania.
Niezależnie jednak od tego czy będziecie chcieli przejechać spacerkiem czy skosić lokalne pola, po odcinkach będzie jedynie 45min na przeprowadzenie niezbędnych napraw. Rozwaliście skrzynię, silnik i zawieszenie? Przykro nam, jest czas na naprawę tylko dwóch elementów, albo wszystkiego po troszku. Nie spodziewajcie się jednak dobrych wyników w kolejnym etapie.
Nasza drużyna ma nawet swoje morale, ale z racji tego, że trzymałem się zawsze z wariatami, nie byłem w stanie stwierdzić co się stanie gdy przestaną się uśmiechać. Z samym zespołem nie spotykamy się też bezpośrednio, więc dostajemy jedynie wykres radości.

Tryb kariery nie ma żadnej fascynującej fabuły, intryg i zwrotów akcji. Jedź dobrze, a zauważą Cię inne zespoły z lepszymi samochodami. Zbieraj wszelką florę i faunę, a nie zadowolisz nawet lokalnego botanika. I tak, aż do momentu w którym traficie do klasy WRC i zmierzycie się z najlepszą śmietanką rajdowych szajbusów oraz samochodami z zakresu mocy 300KM i czasem do setki poniżej 4 sekund.

Gdy osiągniecie już absolutnie wszystko, a wasza półka zapełni się pucharami z każdego możliwego rajdu do dyspozycji są jeszcze wyzwania oraz rajdy w trybie multiplayer. Poza cyklicznymi wyzwaniami ustawianymi przez developerów, w każdej chwili możecie zmierzyć się na dowolnym odcinku z innym graczem lub jego duchem. Rywalizujemy walcząc jednak tylko o sekundy na zegarku, bo nie ma możliwości stoczenia bezpośredniego pojedynku i zepchnięcia rywala z tego stromego zbocza na ósmym zakręcie, które znacie aż za dobrze.

Absolutną wisienką na torcie jest tryb split-screen. Pamięta ktoś go jeszcze? Tak! Poważnie! W 2016 roku w końcu znalazła się jakaś gra uwzględniająca przypadek, gdzie mamy jakiegoś znajomego, który też lubi motoryzację. Ba, producent oszalał do tego stopnia, gdzie przygotował nawet tryb dla większej ilości graczy, którzy po każdym odcinku wymieniają się padem. Szaleństwo! WRC6 jest więc fajnym pomysłem na urozmaicenie męskiej imprezy znudzonej piłką nożną.

Jest to pierwsza gra od dłuższego czasu, po której zapragnąłem stać się posiadaczem kierownicy. Tylko w tym przypadku nie jest to spowodowane koniecznością i poczuciem, że inaczej nie da się grać. To sama gra mnie do tego zachęciła, bo skoro na padzie gra mi się tak fantastycznie to doznania przy użyciu kierownicy muszą być z pewnością jeszcze lepsze.
Ostatecznie, to nie jest jeszcze ten moment w którym WRC 6 może odebrać koronę obecnie panującemu mistrzowi, ale już teraz dumnie stoi na podium i śmiało może zapewnić setki godzin świetnej zabawy. Widać, że developer podchodzi do sprawy poważnie i z roku na rok robi coraz większe postępy. Trzymam z całych sił kciuki by za kilka lat wybór pomiędzy seriami gier był tak trudny, że jedyną słuszną metodą będzie rozegranie odpowiedniej ilości „papier, nożyce, kamień”.

Chciałbym natomiast polecić grę już teraz tym, którzy dopiero by chcieli rozpocząć swoją przygodę z szutrem i nieco się go obawiają. Nie bójcie się, gra nie połknie Was w całości. Jeśli chwycicie za WRC 6 to minie wiele kilometrów zanim wrócicie na asfaltowe tory. W najgorszym wypadku całą winę możecie zrzucić na pilota.

WRC6 do testów na konsolę PS4 udostępnił wydawca, firma Techland.


Jeśli zmagacie się ze zdobyciem wszystkich pucharków, to polecamy poradniki przygotowane przez TrophyClub!