Blog

RECENZJA: F1 2016 (PS4)

Autor:  | 

Od kilku lat oglądanie Formuły 1 przestało być obowiązkowym punktem weekendu. Wyścigi stały się nudne, przepisów i regulacji jest zbyt dużo żeby chociaż spróbować je zrozumieć, a kierowcy zamiast walczyć na torze, robią to w błysku fleszy podczas konferencji prasowych.

Nie ukrywam, że miałbym czasem ochotę znów obejrzeć zmagania najlepszych kierowców na świecie, ale ponieważ w pogoni za pieniędzmi prawa do transmisji przechodzą z rąk do rąk, nie wiem nawet, na jakim kanale ich szukać. Tak właśnie moja wieloletnia pasja została powoli uśmiercona i podczas towarzyskich spotkań nie jestem już gorącym orędownikiem królowej motosportu.

Tymczasem, dzięki uprzejmości Techland’u, w moje ręce trafiło najnowsze dzieło Codemasters – F1 2016, czyli gra poświęcona w całości Formule 1. Pewnie sporej części graczy, symulator wyścigów wyda się drugą najnudniejszą grą świata, tuż za Windowsowym pasjansem, ale ja czym prędzej naładowałem dawno nie używanego pada i włożyłem płytkę do konsoli.

Chwilę później zabrałem się za tworzenie swojego kierowcy wyścigowego w trybie kariery. Podejrzewam, że w grze są też inne tryby, ale szczerze mówiąc, kto kupuje ją po to, żeby odbyć szybki wyścig, albo próbę czasową. Po wybraniu twarzy, narodowości i numeru startowego, a także napisaniu mojego imienia z „h” w środku, ponieważ „Artur” zostało uznane za obraźliwe, przeszedłem do wyboru zespołu. Jak zwykle w tego typu sytuacjach, postanowiłem wybrać najgorszy z nich, bo sprawianie sensacji daje najwięcej radości i satysfakcji. Potem pogadałem z menadżerką, przejrzałem parę rzeczy w laptopie i ruszyłem na pierwszy trening.

Siedząc za kierownicą bolidu w garażu zespołu Manor Racing poczułem przyjemne mrowienie w brzuchu. Ustawiłem samochód według swoich preferencji i wyjechałem na szybkie kółko… Uliczny tor w Melbourne, na którym odbywa się Grand Prix Australii jest mi znany doskonale. Po pierwsze dlatego, że są to zawody otwierające sezon, które zawsze oglądam z nadzieją, że F1 znowu stała się ciekawa. Po drugie, jest to także pierwszy wyścig we wszystkich grach poświęconych F1, dzięki czemu przejeżdżałem go już przynajmniej kilkadziesiąt razy. A zatem, wyjechałem na prostą startową, wcisnąłem gaz i… natychmiast mnie obróciło, uderzyłem w bandę i, jak dowiedziałem się przez radio, zostałem „black flaged”, czyli koniec ścigania na dzisiaj.

Okazało się, że przez przypadek wybrałem zawodowy tryb kariery, który w mojej ocenie ma sens jedynie, jeśli dysponujecie przynajmniej kierownicą zamiast pada. Ja takowego zestawu nie mam, mimo wieloletniej i konsekwentnej korespondencji do Świętego Mikołaja, więc cofnąłem się do menu głównego i ponownie zabrałem się za konfigurowanie trybu kariery. Tym razem poszło szybciej, a wyjazd na tor nie zakończył się natychmiastową katastrofą, więc mogłem się skupić na grze.

Jak przystało na niespełnionego kierowcę wyścigowego, wybrałem opcję pełnego weekendu, czyli miałem do pokonania 3 sesje treningowe, kwalifikacje i cały wyścig. O ile kulminacja zawodów niesie ze sobą wiele emocji, o tyle na trening nie chce się poświęcać aż czterech godzin, zwłaszcza jeśli korzysta się z domyślnych ustawień bolidu. Na szczęście, w najnowszej odsłonie gry F1 popracowano trochę nad tym elementem rozgrywki i dodano do niego kilka atrakcji. W każdej sesji kierowca ma proste zadania do wykonania, a im lepiej to zrobi, tym więcej punktów rozwoju otrzyma. Punkty te można później wykorzystać do ulepszenia bolidu i bycia jeszcze bardziej konkurencyjnym. Nie muszę chyba dodawać, że to znacząco wpłynęło na moje zainteresowanie treningami.

Jak łatwo się domyślić, zwiększone zainteresowanie treningiem zaprocentowało podczas kwalifikacji. Z łatwością przekroczyłem oczekiwania zespołu i awansowałem do Q2. Na awans do Q3 musiałem zapracować już nieco ciężej, ale udało się. Tam niestety skończyła się moja dobra passa i do wyścigu startowałem z 10 miejsca.

W wyścigu też mamy kilka ciekawych nowości. Pierwszą z nich, jest możliwość przejechania okrążenia rozgrzewkowego, które w realnym świecie pozwala dogrzać opony i hamulce. W grze dodaje ono nieco realizmu i podnosi napięcie przed startem. Sam start też zyskał na atrakcyjności. Już nie wystarczy dodać gazu w momencie zapalenia się zielonego światła – w F1 2016 trzeba zgrać puszczenie sprzęgła z odpowiednimi obrotami silnika, więc dobre ruszenie z miejsca nie jest już łatwe jak w przeszłości. A kiedy w końcu gasną światła, wzmaga się ryk silników i wrzask opon, wyścig można uznać za rozpoczęty.

W zależności od wybranego poziomu trudności albo wyprzedzicie wszystkich na pierwszym zakręcie, albo będziecie walczyć z dublującymi Was kierowcami o znanych nazwiskach, tylko po to żeby skończyć zawody wbijając bolid w ścianę przy akompaniamencie rozpaczliwego wołania przez radio. A właśnie, radio – może nie jestem hardcorowym graczem i coś przegapiłem, ale podawanie komunikatów przez radio za pomocą głośnika zamontowanego w padzie zwaliło mnie z nóg (PS4). Można się rzeczywiście poczuć jak pilot bolidu F1.

Niezależnie od prezentowanego poziomu, dojechanie do mety sprawia dużo satysfakcji, zwłaszcza jeśli zdecydowaliście się pokonać pełny dystans wyścigu. Spocone dłonie bolą, oczy są zmęczone, a żona z ulgą westchnie „nareszcie”. I nie ma mowy o tym, żeby od razu rozpocząć zmagania na kolejnym torze, bo po takim wysiłku odpoczynek jest niezbędny.

Podsumowując, F1 2016 jest grą, która przypadnie do gustu przede wszystkim maniakom tego sportu lub fanom symulacji. Na szczęście programiści z Codemasters postanowili ubarwić trochę rozgrywkę i rozbudować tryb kariery, dzięki czemu możemy się rzeczywiście poczuć jak kierowca wyścigowy. Już od pierwszych zawodów możemy pracować nad rozwojem bolidu, rywalizować o pozycję z partnerem z zespołu, drżeć o posadę lub liczyć na kontrakt w lepszym zespole. Na zostanie mistrzem świata (nawet wielokrotnym) mamy aż 10 sezonów, więc gra może wciągnąć na naprawdę bardzo długo. Duże możliwości konfiguracji pozwalają na odpowiedni dobór poziomu trudności, dzięki czemu mniej zdolni kierowcy nie wyrzucą pada przez okno podczas pierwszego wyścigu. Z drugiej strony, jeśli ktoś liczy na wyzwanie, to z pewnością się nie zawiedzie, bo F1 to jedna z najtrudniejszych wyścigowych pozycji na rynku cyfrowej rozrywki.

Graficznie niewiele można zarzucić F1 2016. Gdzieś przeczytałem, że podobno dużo do życzenia pozostawiają kibice i dalszy plan, ale szczerze mówiąc, nie mogłoby to mieć dla mnie mniejszego znaczenia. Nawet nie zwróciłem na nie uwagi podczas śrubowania kolejnych kółek i obrony przed atakami bardziej utalentowanych kierowców. To co najważniejsze, czyli trasy i bolidy, zostało dopracowane perfekcyjnie. Gra wygląda fenomenalnie z każdej kamery, a świetne efekty pogodowe tylko potęgują wrażenie doskonałości.

Na szczególną pochwałę zasługuje to, jak bardzo autorzy gry pracowali nad jej realizmem. Mamy w związku z tym okrążenie rozgrzewkowe, start z użyciem sprzęgła i prawdziwy samochód bezpieczeństwa na torze. Zawody komentują profesjonaliści, czyli Anthony Davidson i David Croft.

Niestety trochę zabrakło mi konferencji prasowych przed i po zawodach. Jednak może to i lepiej, bo po kilku wyścigach miałbym już serdecznie dość tych samych pytań i odpowiedzi. No i jest jeszcze coś. Jeśli postanowicie wystartować w wyścigu z żenującym poziomem trudności, to istnieje spora szansa, że wygracie go nawet w najsłabszym z bolidów (również dzięki możliwości cofania błędów). Po takim wyczynie, ostatnią rzeczą, której się spodziewacie jest zdanie – „Oto kolejne wspaniałe zwycięstwo zespołu Manor Racing!” Szczerze mówiąc, to zdanie to więcej niż tylko łyżka dziegciu w beczce miodu. Ten drobny detal odebrał mi radość z mojego wyczynu, którego dokonałem dzięki miernym umiejętnościom i świetnym systemom kontroli trakcji.

Grając w F1 2016 wciąż miałem wrażenie, że właśnie takiej Formuły 1 mi brakuje – szybkiej, ciekawej, z walczącymi o pozycję kierowcami, z wyprzedzaniami i blokowaniem oraz z moim nazwiskiem na czele stawki. Taką Formułę 1 mógłbym znów oglądać co weekend.

Grę do testów użyczył wydawca – firma Techland.