Blog

RECENZJA: DRIVECLUB (PS4)

By  | 

Każda osoba, która jest choć trochę związana z grami konsolowymi wie jaki dramat wywołała „premiera” gry DRIVECLUB na PS4. Czy po roku od premiery w końcu można w nią zagrać?

Zacznijmy od początku, dla osób nie wtajemniczonych. Mamy rok 2013. DRIVECLUB to gra wyścigowa, która miała się pojawić wraz z premierą konsoli PlayStation 4. Tak się jednak nie staje, a Sony ogłasza, że developer musi „wrócić do tablicy kreślarskiej” i zacząć wszystko od początku. Już tutaj co poniektórzy węszyli coś podejrzanego. Gra która właściwie już miała być tłoczona, nagle ma zostać przeprojektowana?

To był jednak dopiero początek złych wieści. Przez studio developera – Evolution – przechodzi tornado zabierając Cola Rodgersa, postać nie byle jaką bo producenta odpowiedzialnego za DRIVECLUB. Zarówno Cole jak i Sony ogłaszają, że była to decyzja osobista i nie ma kompletnie nic wspólnego z wcześniej zapowiedzianymi zwolnieniami. Gra zalicza kolejny poślizg. W międzyczasie zostaje ogłoszone, że tytuł pojawi się w dwóch wersjach. Ograniczonej, ale darmowej dla abonentów usługi PS+ oraz zwykłej – płatnej – z pełną zawartością. W sklepach pojawiła się nawet wersja limitowana, którą chyba wszyscy przez całe to zamieszanie całkowicie pominęli.

Tak mijały dnie, tygodnie i miesiące, a PlayStation 4 dalej nie miało swojej gry wyścigowej, która miała zmieść wszystko co tylko możliwe z powierzchni ziemi. Hype podkręcała nawet konkurencja, wypuszczając znakomitą Forza Horizon 2. Osoby, które miały możliwość dziergania w rękach jedynie padów od PS4 tym bardziej ostrzyli gałki, triggery i kierownicę.
W końcu nastał ten dzień. Niemalże rok po terminie DRIVECLUB oficjalnie trafił do tłoczni oraz na serwery PSN. Na kilka dni przed oficjalną premierą, pewna dobra dusza namówiła mnie na zakup pełnej wersji, zapewniając mnie, że będę się dobrze bawić. Skusiłem się, dodatkowo nakręcony tym, że pare dni wcześniej sprzedałem XO. Pre-load zadziałał i na chwilę przed premierą gra już czekała na odpalenie na moim dysku, wraz z całą ekipą chętnych graczy, których zebrałem na FB i Twitterze.

W tym momencie, w bardzo efektowny sposób z niespotykaną finezją, wylatujący zza zakrętu wielki kupsztal uderzył w wiatrak. I się zaczęło. Serwery nie działały, gra obfitowała w masę irytujących błędów i po kilku godzinach zniknęła z serwerów PSN.
Dziś mamy rok 2015, a DRIVECLUB w końcu stał się grywalny, wszystko działa jak powinno, więc skupmy się na omawianiu samej gry i puśćmy całą jej przeszłość w niepamięć.
Gdy pierwszy raz zetkniemy się z DRIVECLUB, z pewnością będziemy chcieli przyzwyczaić się do modelu jazdy i rozegrać trochę wyścigów ze sztuczną inteligencją. Jeszcze rok temu w tym miejscu pisałbym o tym jak fatalne i irytujące było SI. Brutalne i agresywne do granic możliwości, często powodowało nieprzewidzianą przegraną na ostatnim zakręcie. W przeciągu 12 miesięcy jednak dużo się zmieniło.
Z SI nigdy nie będzie nam zbyt łatwo. System na bieżąco dostosowuje się do naszego poziomu, podnosząc lub obniżając poziom trudności. Jest to zarazem najlepszą jak i najgorszą stroną gry.

Po pierwsze przeciwników jesteś w stanie dogonić nawet jeśli na zakręcie zrobiliście piruet, salto i nie udało się wylądować telemarkiem. Fajnie prawda? Działa to też w drugą stronę. Nie raz na ostatniej prostej zdarzy się, że wyprzedzi was cyfrowy przeciwnik, który jedzie spokojnie 30 – 40km/h szybciej od was. Tak, aż taka różnica. Możecie w tym miejscu myśleć, że to pewnie moje słabe umiejętności, ale uwierzcie mi, gdy ktoś śmignie obok was gdy na waszym liczniku jest ponad 300km/h powoduje niesmaczny grymas twarzy. Na szczęście SI zostało zdecydowanie ugrzecznione i nie ma już ochoty unicestwić was za wszelką cenę.

Z jednej strony to fajnie. Wyścigi są pełne emocji, rywalizacji i szalonego tempa – i o to powinno w grze wyścigowej chodzić. Z drugiej zaś w tytule który stara się być tak blisko realizmu na każdej płaszczyźnie, takie numery zaczynają męczyć, a ostatecznie irytować po tygodniu grania.
Model jazdy jest dokładnie taki jaki potrzebuję w grach wyścigowych. Nie jest w 100% realistyczny, bo większość samochodów trzyma się drogi jak przyklejone, ale jest na tyle smacznie wyważony, że da frajdę z jazdy każdemu. Przesiadka z samochodu na samochód robi dużą różnicę. Czuć, że każdy z samochodów ma swój charakter, swoją moc, swoje mocne i słabe strony. W bardzo krótkim czasie znajdziecie swoich faworytów do jazdy w trybie wieloosobowym.

Jeśli chodzi o grafikę to się nie wypowiadam, bo czytając fora internetowe doszedłem do wniosku, że jestem stary, głupi i mam wszy jak kalosze, a zadowolić można mnie nawet resorakiem. Na mnie graficznie gra wywarła ogromne wrażenie. Zmieniające się pory dnia i nocy, dopracowane do ostatniego szczegółu samochody z fantastycznym widokiem z kokpitu, powodowały u mnie z każdym wyścigiem opad szczęki. Od czasu wprowadzenia do gry trybu foto, zdarzają się wyścigi gdzie zamiast uzyskanego miejsca czy czasu, najbardziej liczy się dla mnie znalezienie jak najlepszej miejscówki do wykonania zdjęcia.

Co jednak przykuło moją uwagę, a co jest często pomijane w recenzjach, które czytałem, to dźwięk. Tu już na samym początku widać, że za dźwięk odpowiedzialni byli pasjonaci motoryzacji. Po raz pierwszy zdacie sobie z tego sprawę, gdy zauważycie ustawienia domyślne gry, które mają wyłączoną muzykę podczas wyścigów. Może w takim razie jest słaby soundtrack? Nic z tych rzeczy. Co więcej, został napisany specjalnie na potrzeby gry przez zespół Hybrid. Zanim się obejrzycie pod nosem będziecie nucić “how fast do you want to go”. Kluczem do sukcesu są jednak dźwięki silników, które oddane są niemalże perfekcyjnie. Gdy po raz pierwszy usłyszałem moje ukochane Maserati GranTurismo oszalałem. Już w tym momencie wiedziałem. To jest ta gra.

I nagle wszystkie te inne bzdury przestają być ważne. Przestałem grać z SI i cieszę się pojedynkami gdzie walczę z własnym duchem lub w trybie wieloosobowym. Zbieram punkty do rozwoju swojego klubu, jak i własnego poziomu gracza. Co chwilę porównuję czasy z kolegami, a gdy wyskoczy powiadomienie, że ktoś zaprosił mnie do próby pobicia jego rekordu, potrafię oderwać się od jakiejkolwiek – choćby najbardziej wciągającej – gry. Dlatego DRIVECLUB jest niesamowity. Dlatego uwielbiam w niego grać. Na dodatek gra oferuje OGROMNĄ ilość DLC. To jedna z niewielu pozycji do której śmiało możecie dokupić przepustkę sezonową – uwierzcie mi – nie zawiedziecie się.

Gra zauroczyła mnie też kilkoma banalnymi aczkolwiek skutecznymi rozwiązaniami. Po pierwsze nie ma sugerowanej lini toru jazdy, ani cofania czasu. Można by pomyśleć, że to uwstecznienie w porównaniu do konkurencji, ale zdałem sobie sprawę, że bez tych opcji, które miałem standardowo uruchomione w innych tytułach, gra stawia rozgrywkę w zupełnie innym świetle. Cieszę się z każdej wygranej, rekordu i każdego okrążenia, które pokonałem idealnie tak jak chciałem.

Zamiast wspomnianych dobrodziejstw dostajemy jednak jedną fajną podpowiedź, która jest zaprezentowana w bardzo unikatowy sposób. Na większości zakrętów znajdziemy flagi z logotypem gry. Przyznam szczerze, że z początku byłem tak skupiony na samej drodze, że kompletnie nie zwróciłem na nie uwagi. A są bardzo istotne i pokolorowane nie bez powodu. Czerwone oznaczają ostry zakręt, żółte średni, a zielone lekki. Niby coś tak banalnego, a jak to fajnie wpływa na immersję w świat gry gdzie podpowiedzią jest element otoczenia, a nie wyskakująca strzałka czy bezczelnie narysowana na drodze linia.

Jeśli nadal zastanawiacie się nad zakupem DRIVECLUB, a posiadacie subskrypcję PS+ w każdej chwili możecie sprawdzić darmową wersję. Samochodów i tras jest w niej mało, ale szybko przekonacie się czy jest to gra dla was.

Ja osobiście uważam, że ten tytuł można brać w ciemno. Jest świetny i mimo iż gram w niego już drugi rok to nadal mi się nie nudzi, a dodatków przybywa. Ostatnio znalazło się nawet coś dla miłośników jednośladów – DRIVECLUB BIKES – ale to już zupełnie inna historia.