Blog

RECENZJA: Carmageddon Max Damage (PS4)

Autor:  | 

Gdybym miał robić listę najdziwniejszych gier w jakie kiedykolwiek grałem, Carmageddon z pewnością – niezmiennie od prawie kilkudziesięciu lat – plasowałby się bardzo wysoko na liście. Z drugiej strony poziom absurdu i czarnego humoru przekroczył tu tyle poprzeczek, że w ostatecznym rozrachunku gra może dostarczyć masę frajdy.

Carmageddon ze względu na swoją tematykę jest niemalże tematem tabu. Nikt przecież nie chce się przyznać, że jakąkolwiek przyjemność sprawia mu rozjeżdżanie setek, jak nie tysięcy pieszych, wysadzanie w powietrze przeciwników lub spychanie ich do żrącego kwasu.

Mógłbym oczywiście w tym miejscu przyjąć rolę moralizatora, wychowawcy i psychologa rozpisując się o tym jak gry wpływają na naszą psychikę, a tym bardziej naszych dzieci. Mógłbym przytaczać jak z pierwotną edycją gry spotkałem się w wieku 14 lat i nadal mimo upływu lat nie mam ochoty nikogo rozjechać. Tak samo jak po obejrzeniu filmu wojennego nie mam ochoty zaciągnąć się do armii, a marchewka w mojej lodówce nie oznacza, że jestem wegetarianinem.

Jeśli zaczniemy rozkładać Carmageddon: Max Damage – czyli odświeżoną edycję pierwowzoru – na czynniki pierwsze, absolutnie nic tu nie będzie miało sensu. Ktokolwiek będzie traktował to wszystko na poważnie powinien niezwłocznie udać się do odpowiedniego specjalisty.

Jak sama nazwa wskazuje, gra traktuje o samochodach i Armagedonie. W bliżej nie określonej przyszłości największą rozrywką świata stają się „wyścigi” uliczne. Na samym początku wcielamy się w postać tytułowego Max’a i jego pojazd Eagle R.

Nasi przeciwnicy zasiadają natomiast w innych i różnorodnych pojazdach. Mamy tu hot rody, monster trucki, część samochodów będzie nawet nawiązywać do rzeczywistych modeli. Wprawne oko bez trudu wyłapie Lamborghini Countash (nazwane w grze Countslash – z racji dwóch ostrzy przyczepionych do przedniego zderzaka), Mercedesa SLS, Volkswagena Beetle czy nawet DeLoreana. Z czasem uzyskamy dostęp do każdego z nich. Miłośnicy starego poczciwego Carmageddona z 1997 roku znajdą tu większość swoich ulubionych bohaterów.

Gdy startuje „wyścig” teoretycznie naszym celem jest dojechanie do mety na pierwszej pozycji. Jednak już pierwsze sekundy po rozpoczęciu pokazują, że coś tu jest nie tak. Co najmniej połowa komputerowych przeciwników po kilku metrach zamiast gonić za kolejnym punktem kontrolnym zawraca i rusza w miasto.

Dojechanie do linii mety jest tutaj bowiem tylko jednym ze sposobów na wygraną, i jak się wydaje najbardziej haniebną. Pozostałe dwie metody to zniszczenie wszystkich przeciwników lub rozjechanie absolutnie wszystkich mieszkańców danej planszy. Niezależnie od wybranej metody zawsze goni nas czas. Najszybszą metodą na zwiększenie długości tykającego zegara jest rozjeżdżanie wszystkiego co popadnie.

W 1997 roku wystarczyło, że byli to zwykli przechodnie, by gra pojawiła się w mediach, oburzała i zniesmaczała. Czasy jednak się zmieniły. Kilkanaście lat później nie zrobi to już na nikim medialnego wrażenia. Developerzy postanowili więc pójść o krok dalej i do selekcji mięsa armatniego dodać rowerzystów, otyłych, niepełnosprawnych, babcie, a nawet psy. Tak, psy! O zgrozo!

Ostatecznie jednak to wszystko absolutnie nie ma znaczenia. Każda cyfrowa postać złożona z pikseli reaguje taką samą spektakularną eksplozją przy kontakcie z naszym samochodem. Co oni wszyscy robią na trasie wyścigu na środku ulicy, stojąc w rządku? Dlaczego krowy mają hełmy z kombinezonów radioaktywnych? Czy wspominałem już od czarnym humorze i gigantycznej ilości absurdu? No właśnie.

Dla wrażliwych osób, skupię się przez chwilę na samych arenach, które są dość zróżnicowane, a zarazem ogromne. Jest miasto, jest wieś, są podziemia, plaża, fabryka i wiele innych. W dodatku każdy z obszarów na którym przyjdzie nam walczyć ma swoją mniej lub bardziej ukrytą historię. Miasto ma stadion, na którym trwa mecz futbolu amerykańskiego, a na wsi możemy znaleźć ogromny rozbity statek kosmiczny. Wszystko jest kolorowe i bardzo zróżnicowane, więc gdyby nie latające dookoła flaki i bryzgająca krew można by było pokusić się o stwierdzenie, że nie taka zła ta apokalipsa. Każda z plansz jest otwartym światem, więc możemy jeździć gdzie nam się podoba. Problem w tym, że po pewnym czasie orientujemy się, że plansze są po prostu za duże i dzieje się na nich zbyt mało.

Można by pomyśleć, że nowa technologia pozwoli developerom rozwinąć nieco możliwości gry z 1997 roku, ale najwidoczniej budżet tej produkcji zebrany częściowo z datków samych fanów nie wystarczył. Skupiono się głównie na poprawie graficznej, a i z tym nie jest niestety tak kolorowo.

Ocena grafiki w grze zależy od punktu widzenia odbiorcy. Jeśli tak jak ja, graliście w tą grę prawie dwadzieścia lat temu to będziecie miło zaskoczeni. Nie ma bijących po twarzy pikseli, czcionki da się rozczytać, a przechodnie krzyczą na więcej niż dwa sposoby.

Jest jednak rok 2016 i wymogi graczy, zarówno jak i możliwości developerów diametralnie zmieniły się w porównaniu do gier z tamtych czasów. Jeśli więc z Carmageddonem nie wiąże Was żyłka nostalgii to gra absolutnie się nie broni. Szczególnie, że promowana jest jako pełnowartościowy tytuł za pełnowartościową cenę. Należy więc ją porównywać do innych produkcji, które dysponują wyższym budżetem lub lepszym zespołem.

Gra cierpi niestety na spadki płynności i potrafi bardzo zwolnić co z pewnością zniechęci niejednego gracza. Najgorszy jest jednak tryb powtórek, który powinien zostać całkowicie pominięty. Tutaj gra doczytuje się najdłużej, a próba obejrzenia ostatniej szalonej akcji w zwolnionym tempie wygląda jak przeglądanie albumu ze zdjęciami. Rozumiem, że w każdej sekundzie dzieje się tutaj bardzo dużo, a najbardziej spektakularne akcje zawierają co najmniej 10 przechodniów, 3 przeciwników i 4 miny, ale bez przesady. Obecny sprzęt potrafi udźwignąć o wiele więcej, szczególnie że sama grafika też nie jest najwyższych lotów.

Kolejny problem to niestabilna kamera, która nie do końca sobie radzi. Wydawać by się mogło, że w grach wy… hmm… traktujących o motoryzacji kamera jest oczywista i stanowi najmniejsze wyzwanie dla twórców. Jak się okazuje nawet i taki element można zrobić źle. Nie raz zdarzało mi się, że kamera sama zaczynała się obracać lub zapominała wrócić do poprawnego widoku po manewrze cofania. Wszystkie te błędy moim zdaniem są do poprawienia, zależy od uporu developera w dostarczeniu jak najlepszego produktu.

Jest jeszcze fizyka. Najwyraźniej słowo „absurdalna” jest łatką tej gry, którą można przykleić do każdego jej aspektu. Samochody ślizgają się niekontrolowanie niezależnie od nawierzchni i latają na kosmiczne odległości. Ponownie – jeśli ktoś nigdy nie miał styczności z Carmageddonem będzie wręcz oburzony i wyrzuci płytę z napędu konsoli zanim skończy się pierwszy „wyścig”. Z drugiej strony ta fizyka była w Carmageddonie od zawsze i była jednym z elementów utrudniających rozgrywkę. Albo się do niej przyzwyczaicie, albo znienawidzicie. Na szczęście tej produkcji, ja należę do tego pierwszego obozu.

Potrafię dostrzec też pozytywne strony. Jak chociażby świetny model zniszczeń samochodów. Każdy z nich może rozsypać się w drobny mak, a dzięki dodatkowym mocom i wzmocnieniom zbieranym podczas wyścigów, jest to bardzo częsty widok. Nie raz zdarzyło mi się znaleźć samochód przeciwnika przecięty w pół, bez koła, który nadal stara się zepchnąć mnie z drogi. Monty Python w wydaniu motoryzacyjnym.

Mimo wszystkich swoich błędów, Carmageddon gra bardzo mocno na mojej nostalgii i wspomnieniach z dzieciństwa. To właśnie dzięki tej grze kilkanaście lat temu odkryłem co to muzyka heavy metalowa, gdy przez przypadek włożyłem grę do napędu CD w mojej mini wieży (ktoś jeszcze pamięta te urządzenia?). Ku mojemu zaskoczeniu, zamiast trzasków i błędów z głośników poleciał fantastyczny kawałek Demanufacture zespołu Fear Factory.

Niestety w odświeżonej wersji Max Damage tych kawałków już nie ma. Zastąpione zostały czymś bardziej nowoczesnym o bliżej nieokreślonym gatunku. Szkoda, bo pamiętam czasy gdy media zwalały winę wszelkiej agresji ludzkiej właśnie na ten gatunek muzyczny. Było też kilka zaskoczeń. Jednym z nich jest policja. Służby porządkowe w tej grze zawsze budziły postrach i były najgroźniejszym ze wszystkich przeciwników. Duże, bardzo szybkie i opancerzone pojazdy w kilka chwil potrafiły rozprawić się nawet z najbardziej wprawionym uciekinierem.
Gdy po raz pierwszy usłyszałem więc dźwięk policji, uruchomiła się moja pamięć mięśniowa i odruchy bezwarunkowe. Rzuciłem się w dziką ucieczkę, która została brutalnie zatrzymana przez najbliższy budynek. Jakie było moje zdziwienie gdy zamiast czołgu podjechało do mnie coś na wzór Smarta i stuknęło w bok, rysując lakier. Czyżby to też znak zmiany czasów? Na szczęście po kilkunastu poziomach, służby odnalazły właściwy garaż i powróciły na ulice w swoich monstrach.

Nie ukrywam też, że liczyłem, że wszystkiego będzie po prostu więcej. Nie mówię tu o samych poziomach, bo ich jest sporo. Natomiast nasze konsole, choć o wiele słabsze od komputerów wielokrotnie udowadniały, że jeśli zostaną potraktowane ze szczególną ostrożnością to potrafią wiele. Tymczasem dostaliśmy grę z 1997 roku z nieco odświeżoną grafiką, trybem multiplayer i powtórkami, a wszystko za bardzo wysoką cenę. Wierzę, że nawet gdyby ulice byłyby przepełnione przechodniami, przeciwników było by więcej niż na palców jednej ręki to można by było zrobić grę, która działała by sprawnie i płynnie.

Jeśli lubicie wracać do gier retro, a zawsze przeszkadzała wam w tym zbyt brzydka grafika to Carmageddon Max Damage jest ciekawym powrotem do przeszłości. Możecie na własnej skórze przekonać się czym zachwycali się ludzie siedząc po nocach przed komputerami lata temu.

Osoby takie jak ja, które z tym tytułem wiążą jakąś historię też znajdą coś dla siebie. To stary dobry Carmageddon odgrzany w mikrofali i podany z bukietem surówek na bardzo drogim talerzu. Znam lepsze dania, może i sam bym coś lepiej ugotował, ale czasami każdy ma smaka na coś niezdrowego. Na szczęście nie jestem odosobniony w swoich przekonaniach. Gra może się podobać, a moje zdanie podzielają chociażby koledzy z Bezimiennego Podcastu, którzy o wiele dogłębniej przeanalizowali ten tytuł. Ja gram często, choć na półce mam wiele innych gier, które prawdopodobnie zasługują na więcej uwagi i są jakościowo na zupełnie innym poziomie. Jednak Carmageddon ma w sobie to „coś”. Irytuje, a zarazem bawi. Przeraża, a wywołuje śmiech. To gra pełna przeciwieństw dla pokolenia, które pamięta „tamte czasy”.

Jeśli jednak nigdy o tej grze nie słyszeliście i podchodzicie do niej z absolutnie czystą kartą, miejcie się na baczności, bo ta podróż w czasie może okazać się dla Was prawdziwą apokalipsą.

Grę do testów użyczył wydawca Carmageddon Max Damage w Polsce – CENEGA.