Blog

RECENZJA: Burnout Paradise Remastered (PS4)

Autor:  | 

Całe życie myślałem, że jestem wolny od narkotyków. Te specyficzne używki nigdy jakoś świadomie nie przedarły się do mojej linii czasu. Tak przynajmniej myślałem, póki po kilkunastu latach znów nie poczułem specyficznego smaku kruszonego metalu.

Gdy w 2001 roku pojawiła się pierwsza gra z serii Burnout, nikt nie przewidywał efektów ubocznych oraz skutków jej wykorzystywania. Traktująca bardzo luźno podejście do tematyki wyścigów, wprowadziła coś co na zawsze odbije się w świadomości graczy na całym świecie. Takedowny.

Czym są? To efektowny rezultat pozbycia się naszego przeciwnika, który kończy roztrzaskany o ścianę, barierkę, słup czy inny samochód rozlatując się na wiele elementów. Wystarczy jeden raz zapoznać się z tym uczuciem by się od niego absolutnie uzależnić. „Jeszcze jeden wyścig” – to określenie które powinno być zarazem ostrzeżeniem drukowanym na każdym pudełku w dużej białej ramce niczym na tych pałkach z nikotyną.

W zależności od tego jak kto stosuje się do zasad matematyki, na przełomie lat otrzymaliśmy 8 części Burnouta. I właśnie teraz, po 7 latach przerwy od serii otrzymujemy remaster części sygnowanej podtytułem „Paradise”. Nie była to ani najstarsza, ani najnowsza wersja gry. Skąd więc decyzja by to właśnie „Raj” otrzymał odświeżoną wersję?

Powodów może być kilka, ale zacznę od tego najmniej oczywistego. Dla mnie, absolutnie najbardziej soczystą, genialną i esencjonalną częścią Burnouta był Revenge. Bez zbędnych wodotrysków, zamknięte trasy, zamknięte wyzwania dla trybu Crash. Można było grać wyścig za wyścigiem, takedown za takedownem, karambol za karambolem. Narkotyk w czystej postaci. Od tej części nie szło się kompletnie oderwać.

Czasy jednak się zmieniły, a fascynacja grami z otwartym światem nie maleje. A taką formę oferował właśnie Paradise, choć moim osobistym zdaniem wyszło mu to na złe. To nie jest gra do której pasuje otwarty świat, albo mówiąc inaczej, może nie tyle co nie pasuje co nie przystoi. Jedyne w czym się sprawdza otwarty świat, to że daje nam tę chwilę oddechu, która czasami pozwala na to by wyłączyć grę. Pokusa jest jednak zbyt silna nawet mimo tego, że trzeba jeździć od wyścigu do wyścigu, szukać kolejnych wyzwań, a momentami samemu organizować sobie rozrywkę.

Choć Burnout Paradise świętuje w tym roku swoje 10 urodziny to nadal broni się pod każdym względem. Remaster lub remake pierwszej części byłby zdecydowanie bardziej ryzykowny i pochłonąłby z pewnością o wiele większe pokłady finansowe. Ja też miałbym okazję do pochwalenia się ciekawostką dotyczącą sposobu w jaki nagrywano dźwięk silników do pierwszej części. Tymczasem, być może jeśli remaster Raju poradzi sobie dobrze, to pchnie to Electronic Arts do zastanowienia się nad nową częścią. Czas pokaże, póki co możemy skupić się na tym co mamy.

Zacznijmy od tego, że gra zawiera już wszystkie dodatki jakie kiedykolwiek się pojawiły w grze. Dostajemy je ot tak, teraz w zależności od tego jakimi jesteście graczami powinno was to ucieszyć lub zasmucić. O samochody z DLC nie trzeba walczyć, nabijać punktów punktów, poziomów czy innych cukierków. Oznacza to, że zaraz po odpaleniu gry najgorszy samochód możemy wymienić na jeden z najlepszych i najszybszych. Jeśli te dziesięć lat temu nie inwestowaliście dodatkowych środków w materiały do pobrania to może to być dla was jakiś powiew świeżości. Jeśli jest to wasze pierwsze zetknięcie z serią Burnout to trochę szkoda, że już na wstępie mamy dostęp to tak potężnych maszyn.

Skoro jesteśmy przy naszych siejących zniszczenie pojazdach to wliczając wszystkie dodatki oraz motocykle do dyspozycji dostajemy łącznie 139 pojazdów. Jest więc w czym wybierać. Oczywiście jak przystało na serię Burnout, gdzie kluczem rozrywki są kraksy i eksplozje nie ma co tu liczyć na prawdziwe licencje. Natomiast kształty i nazwy samochodów bez problemu pozwolą wam powiązać cyfrowe modele z prawdziwymi odpowiednikami.

Nie wytężając zbytnio swoich komórek odpowiadających za myślenie, dopatrzymy się tu takich samochodów jak Nissan GT-R, Audi Q7, Ford GT40, Lamborghini Countach, El Camino, Mazda RX-7 czy nawet DeLorean (z DLC) z funkcją… poduszkowca. O motocyklach nawet nie wspominam bo wiem, że mają dwa koła i… tu moja wiedza się kończy.

W teorii każdy z samochodów się od siebie różni, rozdzielając swoje statystyki na 3 kategorie: prędkość, dopalacz i siła. Proste, prawda? Gdybym bardzo chciał, mógłbym się doszukiwać głębszych różnic między nimi. Być może SUV jest cięższy od samochodu sportowego, tylko że w serii Burnout to kompletnie nie ma znaczenia. W tej grze dzieje się tyle i tak szybko, że nie ma szans by znaleźć choć ułamek sekundy na rozważania nad rodzajem napędu lub środkiem ciężkości. Nie obliczacie najlepszego toru jazdy, nie sprawdzacie stanu ogumienia. Czasami jedynie trzeba tylko przejechać przez warsztat gdy każdy element samochodu wisi na przysłowiowym włosku.

Najważniejszym aspektem łączącym wszystkie modele jest to, że pięknie się niszczą. Obecne gry motoryzacyjne przyzwyczaiły nas do kosmetycznych uszkodzeń samochodów. Tu ryska, tam lekko stukające drzwi, jak coś się poluzuje to jest już niesamowity sukces. W Burnout Paradise z racji braku licencji każdy z pojazdów jesteśmy w stanie rozczłonkować na ponad 100 elementów. Satysfakcji dodaje jeszcze fakt, że nie niszczą się za każdym razem tak samo. W zależności o tego w co i jak uderzymy, nasz pojazd zostanie odpowiednio zdeformowany. Uwierzcie mi, że to nigdy się nie nudzi.

W zależności od wybranego samochodu jesteśmy również odpowiednio nagradzani dopalaczem. Zdobywa się go dzięki prędkości, agresywnej jeździe lub wykonywanym sztuczkom. Tak sztuczkom, bo choć mamy 4 koła to przyzwyczajcie się, że całkiem sporo będą odrywać się od ziemi.

Miasto po którym przychodzi nam szaleć też jest całkiem spore, ale co najważniejsze – bardzo zróżnicowane. Mamy port, centrum komercyjne miasta, górzyste tereny z krętymi dróżkami, a jak odpowiednio wybijemy się z rampy to możemy i skończyć na torach kolejowych. A gdy znudzi nam się miasto, dzięki pełnemu pakietowi DLC (który dla przypomnienia jest w grze) możemy wybrać się na Big Surf Island, gdzie na bardzo skondensowanym kawałku terenu można podkręcić motoryzacyjne szaleństwo do 11.

Samych zadań do zrobienia jest multum. Od zwykłych wyścigów, przez ucieczki, zawody na czas, niszczenie określonej liczby samochodów oraz oczywiście słynny tryb Showtime, który polega na zrobieniu największego możliwego karambolu.

W całym tym szaleństwie będziemy mieć jeszcze jednego towarzysza – DJ Atomica – który nieustannie będzie nam serwować kawał dobrej ścieżki dźwiękowej. Poczynając od najbardziej oczywistego kawałka „Paradise City” od Guns N’ Roses, znajdziemy również utwory od: Killswitch Engage, Avril Lavinge, Depeche Mode czy Faith No More. Jeśli to pobudza waszą ciekawość, to cały soundtrack jest też dostępny na Spotify.

Remaster to nie tylko dodatek samochodów i wyspy. Tekstury zostały podkręcone do wyższej rozdzielczości, a gra śmiga płynnie w 60 klatkach na sekundę. Dziw bierze, że ta gra wygląda nadal tak dobrze po tylu latach i wystarczyło „zwykłe” podkręcenie rozdzielczości by mogła swobodnie stawać ramię w ramię z produkcjami znacznie nowszymi.

Minusy? Jedyne jakie mogę się dopatrzeć to fakt, że grę bez dopisku na literkę „R” możemy zdobyć na PC za 1/10 ceny, Xbox One natomiast oferuje ją we wstecznej kompatybilności. Mimo wszystko moim zdaniem warto sięgnąć po Burnouta, szczególnie jeśli nigdy wcześniej nie miało się styczności z serią. To unikatowy tytuł, który świetnie znosi upływ czasu i gra się w niego tak samo przyjemnie jak te dziesięć lat temu. Grajcie! A teraz poproszę o nowego Burnouta!

Grę do testów udostępnił wydawca – Electronic Arts.