Blog

RECENZJA: Beat Cop (PC)

By  | 

Przełom lat 80-tych. Po ulicach chodzą kolorowo ubrani ludzi, wszyscy mają gęste wąsy, a na osiedlach słychać Madonnę, Pet Shop Boys i Michaela Jacksona. Nie znamy jeszcze dobrodziejstw internetu, telefonów komórkowych, a wiedzę o samochodach czerpiemy z gum Turbo.

Tymczasem telewizja zdominowana została przez kultowy serial o policjantach – Miami Vice. Co bardziej wytrwalsi, którzy za młodu wypełniali dużo krzyżówek, po dziś dzień potrafią zanucić jego wejściówkę.

Marząc o białym Ferrari Testarossie, bez większego przygotowania odpaliłem grę Beat Cop. Wiedziałem tylko, że czeka mnie detektywistyczna przygoda w pikeslowym stylu graficznym, który odświeżał moje wspomnienia o Lotus Challange.

Tym razem przyjdzie nam wcielić się w rolę detektywa o imieniu Jack. Zanim zdążymy jednak uporać się z opakowaniem od lizaka i poprawić nasze okulary przeciwsłoneczne przysłowiowe fekalia uderzają w bardzo duży wiatrak.

Zostajemy wrobieni, a nasza błyszcząca odznaka i czarny płaszcz zostały zamienione na lekko przepocony mundur podrzędnego krawężnika. Reszty fabuły nie chcę zdradzać, bo poniekąd taki jest nasz cel. Celem gry jest uratowanie naszej reputacji, godności i życia.

W dążeniu do prawdy przeszkadza nam rzeczywistość. Target się sam nie zrobi, brzuch się sam nie napełni, a na domiar złego są jeszcze… alimenty. Marzenie o białym rumaku możemy więc porzucić. Co ma więc wspólnego Beat Cop z motoryzacją?

Jest to gra, która ukazuje drugą stronę medalu, zawodu, który w naszym kraju jest bardzo niedoceniany – mam na myśli strażnika miejskiego. Każdego dnia w pocie czoła, przyjdzie nam wypełniać kolejne zachcianki naszego komisarza, wystawiając niezliczone ilości mandatów. Musimy więc patrolować nasz rewir i wypatrywać sokolim okiem najdrobniejsze wykroczenia. Kawałek zderzaka znajduje się w strefie zakazu parkowania? Mandacik! Zły stan ogumienia? Mandacik! Stłuczona lampa? Mandacik! Wszystko w porządku? Mandacik!

Tak, tak, to nie takie proste. Targety same się nie zrobią, a nieustający apetyt na coraz lepsze wyniki naszego szefa będzie zabierał nam najcenniejszą walutę w grze – czas. Przypominam, że pomiędzy wkładaniem świstków za wycieraczkę, musimy rozwikłać naszą zagadkę.

Czasami przyjdzie nam nawet być stróżem prawa i zadecydujemy w jaki sposób utrzymamy porządek na naszej dzielnicy. Czy warto narażać się mafii i rozbijać ich interesy? Czy warto za cenę informacji współpracować z lokalnym gangiem? Czy warto zjeść kolejnego pączka?

Wszystko co robimy w grze ma swoje znaczenie. Każda nasza decyzja ma wpływ na to jak odbiera nas otoczenie. Jeśli odpuścimy wystawienie mandatu, może to być pozytywnie odebrane przez lokalną społeczność. Przyjęcie łapówki, może szybko podreperować nasz budżet, ale nigdy nie mamy pewności czy to nie jest tajna kontrola.

Wydawać by się mogło, że Beat Cop jest taką malutką grą, ale stopień jej skomplikowania zaskakuje. Z dnia na dzień pojawia się coraz więcej szalonych wyzwań, historii i rzeczy do zrobienia. Po kilkunastu dniach pracy, wlepianie mandatów staje się już takim odruchem, że to co na początku gry zajmowało nam kilka godzin, teraz jest sprawą na kilka minut. Stajemy się prawdziwym Robomandatem.

Przez całe dziesięć godzin rozgrywki jakie zapewniła mi ta gra, ani razu nie spotkałem się z sytuacją w której nie wiedziałem co zrobić z pozostałym czasem. Zarazem jest to idealna gra dla ludzi, którzy nie mogą poświęcać na granie zbyt wiele czasu. Każdy dzień to konkretna przestrzeń czasowa, w której musimy się zmieścić ze wszystkimi zadaniami. Łatwo jest więc uruchomić grę na kilka chwil by zagrać w „jeden dzień”, o ile nie wpadniemy w błędne koło „jeszcze jednego dnia”.

Sama historia to też podróż w czasie. Przepełniona czarnym humorem, sprośnymi żartami i wulgarnymi odzywkami z pewnością nie nadaje się dla małych dzieci. Dla dorosłych jest to perfekcyjna kombinacja powrotu do dawnych czasów. To jeden z najfajniejszych tytułów w jakie przyszło mi ostatnio zagrać. Zarządzanie czasem jeszcze nigdy nie było tak zabawne, a nie ma co ukrywać – każdy z nas choć raz w życiu chciał wystawić komuś mandat. Teraz mamy do tego perfekcyjną okazję.

Gdy już zdecydujecie się na nostalgiczną podróż do królestwa pikselowych pączków, to rozważcie wersję pudełkową gry. Za zaskakująco niską cenę dostaniecie rewelacyjne wydanie, które zawiera świetne fizyczne dodatki. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj mała panorama Brooklynu, którą śmiało można oprawić i powiesić na ścianie. Podobnie z resztą jak pikselowa imitacja polaroida. Jest jeszcze wycinek gazety i akta sprawy z których dowiecie się dla przykładu, że nasz Jack ma aż 27 pikseli wzrostu.