Wydarzenia

Przygoda z MINI

Autor:  | 

Czytacie newslettery? Nie? Błąd. Warto czytać newslettery z kilku powodów. Po pierwsze, jak już się do jakiegoś zapisaliście, to wypada czasem sprawdzić, co Wam wysyłają. Po drugie, newslettery zawierają niekiedy wartościowe informacje, np. zaproszenie na dzień pełen wrażeń za kierownicą MINI Countryman.

No dobra, nie będę Was oszukiwał. My też nie czytamy wszystkich maili, które otrzymujemy, a o Przygodzie z MINI dowiedzieliśmy się bezpośrednio od organizatora, ale pozostali uczestnicy byli po prostu czujni i szybcy.

Wszyscy spotkaliśmy się w sobotę rano w salonie MINI i BMW w Szczecinie. No prawie wszyscy, bo impreza była dwudniowa i uczestnicy zostali podzieleni na ekipę sobotnią i niedzielną. Kiedy z Pawłem dotarliśmy na miejsce, Michał już na nas czekał nonszalancko oparty o swojego Mercedesa zaparkowanego wśród BMW. Dopiero później zmartwił się, że ktoś mógłby to uznać za jakąś formę prowokacji i porysować mu błotniki.

Pierwsze kroki, jak przystało na kofeinowych ćpunów, skierowaliśmy ku ekspresowi do kawy (poza Michałem, który ma typowe dla swojego wieku problemy i poszukał toalety). Kiedy już poczuliśmy energię w płynie krążącą w naszych żyłach, wypełniliśmy formularz rejestracyjny i zjedliśmy małe śniadanie. Posileni i napojeni wysłuchaliśmy briefingu. I tu pierwsza niespodzianka… Michał spodziewał się festynu z kiełbaskami z grilla, Paweł myślał, że będziemy szukać wiatru w polu, a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że warto było zostawić żonę i dzieci u teściów, bo zapowiadał się świetny dzień.

Na początek wylosowaliśmy sobie jedno z 10 MINI Countryman, którym mieliśmy jeździć w trakcie imprezy. Całkiem przypadkiem trafiliśmy na jedyny czerwony egzemplarz. Później okazało się, że gdybyśmy zrobili nieco lepszy rekonesans, mogliśmy, również całkiem przypadkiem, trafić na model Countryman Cooper S, zamiast Cooper SD. Nie rozpaczaliśmy długo.

Następnie, bez zbędnej zwłoki przystąpiliśmy do realizowania zadań. Część z nich miała się odbyć na prowizorycznym placu manewrowym zorganizowanym na parkingu pod salonem, pozostałe były do wykonania w mieście i okolicach. Ponieważ nie byliśmy pierwsi w kolejce do placu, wsiedliśmy do naszego auta, zapięliśmy pasy i dynamicznie ruszyliśmy w trasę.

Pierwszy przystanek – klub sportowy EUROFITNESS – to tu odebraliśmy listę miejsc, w których mieliśmy zrobić sobie zdjęcia, aby zdobyć dodatkowe punkty. Załatwiliśmy to błyskawicznie i zanim Michał… mniejsza z tym, co Michał… pędziliśmy już w kierunku najbliższej lokalizacji, którą mieliśmy uwiecznić na fotografii. Plotka głosi, że któryś z nas biegał w trakcie realizowania tego zadania.

Następna na liście, była wizyta w jednym ze szczecińskich escape roomów. Jeśli nie wiecie co to takiego, to gorąco zachęcamy Was do tego, żeby się dowiedzieć, bo jest to fantastyczny sposób na spędzenie czasu ze znajomymi. Problem polegał na tym, że mieliśmy się tam pojawić o konkretnej godzinie, a ponieważ to ja prowadziłem samochód, mieliśmy na to ponad 60 minut. Niestety, było to za mało, żeby zrealizować inne zadanie i zbyt dużo, żeby siedzieć w aucie i zmieniać kolory podświetlenia wnętrza… to jest zabawa na maksymalnie 10 minut. W związku z tym, postanowiliśmy pojeździć sobie po mieście bez celu, Paweł robił zdjęcia, a Michał odkrył kolorowy szaszłyk.

W końcu przyszła nasza kolej na wejście do świątyni majów. Założyliśmy opaski na oczy i po omacku zostaliśmy wprowadzeni do niej przez uroczą panią, która posadziła nas na niezbyt wygodnych taborecikach. Co ciekawe, Michał dostał jakiś prezent, ale jakoś nie przyznał się co to było, ja natomiast zostałem zakuty w łańcuch. Więcej szczegółów zdradzić nie mogę i szczerze mówiąc nie chcę, bo to mogłoby komuś popsuć zabawę. Powinniście tylko wiedzieć, że udało nam się znaleźć klucz do wyjścia przed upływem regulaminowej godziny. Potem poczekaliśmy kilkanaście minut, żeby udać, że wychodzimy z pokoju w ostatniej chwili.

Niesieni adrenaliną wsiedliśmy do naszego czerwonego MINI i popędziliśmy w kierunku kolejnego miejsca na naszej liście. Było to jezioro Szmaragdowe w Szczecinie, które miało tę zaletę, że serwowano tam rewelacyjną kawę. Razem z Pawłem zamówiliśmy po baryłce, Michał cyknął fotkę i wyruszyliśmy w poszukiwaniu Krzywego Lasu. Nie było łatwo, bo jak się okazało, leśnych ścieżek próżno szukać na mapach nawigacji satelitarnej. Na szczęście, pewien nadzwyczaj entuzjastycznie usposobiony wędkarz wskazał nam właściwy kierunek i dotarliśmy do ostatniej wymaganej lokalizacji.

Michał przejął stery i wróciliśmy do salonu, gdzie do wykonania mieliśmy już tylko plac manewrowy. Pierwszy był tak zwany Jackie Stewart, czyli test polegający na jak najbardziej płynnym przejeździe toru. Żeby było trudniej i ciekawiej, na masce umieszczony został talerz anteny satelitarnej z piłeczką w środku. Każdy gwałtowny ruch pedału hamulca lub gazu sprawiał, że piłeczka ochoczo wyskakiwała z tej płytkiej misy i trzeba było ją umieścić z powrotem. Limit czasu – 2 minuty. Za to samochód… nie mógł być bardziej nieodpowiedni do tego rodzaju testu – Mini John Cooper Works. Usiadłem za kierownicą, ustawiłem tryb ECO i wykonałem przejazd bez ani jednej skuchy. Gorzej mi poszło z przedziurawieniem balonika… do tylnego zderzaka przytwierdzono szpikulec, którym należało przebić balon, parkując prostopadle na wstecznym. Podekscytowany wcześniejszym sukcesem, potrzebowałem aż trzech prób, żeby usłyszeć dźwięk pękającej gumy. Do ostatniego testu przystąpiłem wspólnie z Michałem, który z zasłoniętymi oczami miał przejechać po torze, który wcześniej pokonałem z piłeczką na masce. Miał się kierować węchem i moimi wskazówkami. Ani jedno, ani drugie nie było zbyt precyzyjne, ale udało mu się skończyć przejazd uszkadzając po drodze tylko dwa słupki. Nad poprawnością i bezpieczeństwem wykonywanych manewrów czuwali profesjonalni kierowcy wyścigowi Jakub Litwin i Małgorzata Serbin”

Było późne popołudnie. Podekscytowani i pełni energii oddaliśmy kluczyki do naszego czerwonego MINI. Szybko wypełniliśmy krótki test z wiedzy o marce i gdyby nie Michał i jego dwudziestowieczna pamięć, mielibyśmy 10/10. Przyszedł czas na ogłoszenie wyników. W zabawie udział wzięło 10 zespołów. Zdobywcy trzeciego miejsca otrzymali ciemne reklamówki z logo MINI. Wyglądały na pełne. Drugie miejsce zostało nagrodzone MINI na weekend. Przyszedł czas na dekorację zwycięskiej drużyny i właśnie wtedy, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, usłyszeliśmy, że to my wygraliśmy. Choć prawdę mówiąc spodziewałem się od początku…

W nagrodę otrzymaliśmy voucher na dowolne wydarzenie organizowane w Azoty Arenie, który uprawnia nas do zajęcia miejsca w loży VIP. Ale ponieważ nie jesteśmy samolubni, postanowiliśmy podzielić się nagrodą z naszymi słuchaczami, więc jeśli jeszcze nie wiecie jak wygrać ów voucher, to czym prędzej przeszukajcie naszą stronę i Facebooka.

MINI swoim wydarzeniem udowodniło, że dla swoich klientów, fanów i miłośników marki można zorganizować coś więcej niż jazdę próbną. Nie widzieliśmy ani jednej osoby, która opuszczałaby salon bez uśmiechu i o to w tym wszystkim chodzi. O pozytywną energię z samochodami w tle. Brawo MINI! Piszemy się na więcej!

P.S. Jeśli Wam mało, to jest jeszcze cała galeria!