Blog

Myśli z Genewy: Poprawna pisownia słowa „luksus”

Autor:  | 

Każdy z nas szuka w samochodach efektu „wow”. Niezależnie od tego jakiego modelu szukamy, chcemy czuć się w nim wyjątkowo. Pomijając marki egzotyczne, na targach w Genewie niewielu producentom udało się uzyskać ten efekt.
Ciężko jeszcze przyzwyczaić się, że marka DS została odseparowana od Citroena. Szczególnie gdy w gamie modelowej tylko nowa DS5 rezygnuje całkowicie z brandingu francuskiego producenta.

Z definicji, DS ma być tym czym Lexus dla Toyoty czy Infiniti dla Nissana. Poprzeczka jest więc ustawiona bardzo wysoko.

Na pierwszy ogień idzie odświeżony DS5, który jest… no właśnie… czym on jest? Powiedzieć na niego hatchback tak trochę dziwnie bo wymiarami przerasta wszystkich swoich kolegów z unoszoną klapą z tyłu. Nie pasuje też do określenia shootingbreak, bo linia karoserii nie opada opływowo tylko w pewnym momencie drastycznie leci w dół. Słowa na „k” nawet nie będę wymawiać bo to by było bardziej obraźliwe niż pierwsze słowo, które przyszło Wam na myśl.

Samochód wygląda po prostu dziwnie.

ds5_01

Ale to dobrze. DS by się wybić i wyróżnić z tłumu, musi przyciągać uwagę, szczególnie klientów, którzy w głowie mają tylko dwa logotypy. Z przodu jest również intrygująco, wręcz kontrowersyjnie. Stylistyka zdecydowanie nawiązuje do Citroena, ale elementy ozdobne od razu mówią, że coś tu jednak jest nie tak. Najbardziej krzyczą na nas ozdobne elementy płynące spod lusterek prawie do lamp przednich. Według marketingowców, listwy te mają przypominać szable. To chyba tak jak z tym słynnym brytyjskim przysmakiem – Marmite – można go pokochać, albo znienawidzić. Nic pomiędzy.

Wnętrze niczym w rasowym Audi uderza kilogramami plastiku, które zostały przetopione na przyciski, guziki i pokrętła. Są wszędzie i robią wszystko. Całe szczęście, że DS5 ma całkiem pojemny bagażnik (468l) bo instrukcja obsługi od tego samochodu jest zapewne drukowana w kilku tomach. Przyda się dodatkowo zimą jako rozpałka do kominka lub dociążenie samochodu, który w odróżnieniu od konkurencji ma napęd na przód. Chyba, że ktoś woli ropniaka z silnikiem elektrycznym dzięki któremu będzie można mieć zestaw baterii z tyłu, podtruć trochę środowisko spalinami i mieć mniejszy o 140l bagażnik.

By zobrazować ilość możliwości jakie ma do dyspozycji kierowca tego luksusowego samochodu przygotowałem drobną listę. Mamy tu klimatyzację, tempomat, headup display, nawigację, radio…

Póki co brzmi oczywiście i standardowo prawda? Nie jestem nawet w połowie.

ds5_04

Co powiecie na dach, który jest podzielony na trzy części. Każda z nich ma swoją własną kurtynę przeciwsłoneczną i każda z nich może być oddzielnie sterowana. Pomyślcie tylko o radościach z podróży jeśli macie złośliwe dzieci lub zbyt ciekawskich znajomych. Na pocieszenie jest też masaż, który obsługiwany jest kilkoma osobnymi przyciskami. A gdy już nawet to nie pomaga i macie wszystkiego dosyć, macie guzik SOS, który wezwie służby ratunkowe i zrobi ze wszystkimi porządek.

Przycisków w tym samochodzie jest tak dużo, że część obsługi nawigacji, a nawet obsługę okien przesunięto na dół środkowej konsoli, daleko za dźwignią skrzyni biegów. Widziałem już wiele samochodów w swoim życiu, ale przyznam, że do dziś nie wiem do czego służą niektóre z przełączników w nowym DS5. By nie ułatwiać kierowcy zadania, większość z nich jest absurdalnie mała co musi być wyjątkowo irytujące podczas jazdy. Nawet jeśli znamy swój samochód na pamięć, nadal bardzo łatwo o pomyłkę.

ds5_06

Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że nowy DS5 zachwyca. To jeden z tych niewielu modeli, które powodują wspomniany wcześniej efekt „wow”, u osoby która do niego wsiada – nawet jeśli nie jest fanem motoryzacji. Skoro tak jest, pewnie myślicie, że DS podbije rynek, a pracownicy Lexusa i Infiniti będą biegać w popłochu po fabrykach i salonach, wymachując rozpaczliwie rękami w poszukiwaniu rozwiązania. Niekoniecznie.

Celowo po odwiedzeniu nowej DS5 natychmiast poszliśmy do Infiniti, a potem do Lexusa. Tam nie było efektu „wow”, nikomu z nas nie opadła szczęka, nie mieliśmy milionów przycisków i przełączników, którymi mogliśmy się pobawić, ale wiecie co? Z tych samochodów po prostu nie chciało nam się wysiadać.

I tu chyba tkwi cały problem DS5. Rozpoczynając walkę z potężną konkurencją stał się ofiarą swojej własnej broni. Został przekombinowany. Tak, robi piorunujące wrażenie, ale to dlatego, że nie nikt z nas mimo wszystko nie spodziewa się luksusów – w dosłownym znaczeniu tego słowa – wsiadając do tego, mimo wszystko, Citroena.

Dotarliśmy do punktu, w którym każdy z nas musi sobie zdefiniować jeden wyraz – luksus. W tym segmencie Lexus i Infiniti postawiły jasno kreskę. Gdy wsiadacie do ich samochodów wszystko jest na swoim miejscu, a samochody witają was dostojnym spokojem, ładem, porządkiem i wspaniałą jakością materiałów. Otulają Was swoją intuicyjną technologią i zapraszają do jazdy. DS5 na was krzyczy, niemalże zmusza do myślenia i kombinowania. Zwykłe otworzenie okna wymaga chwili zastanowienia i nie podążania za odruchami, które przez lata wypracowały się w naszej podświadomości.

DS ma ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony, by przyciągnąć klientów do marki musi zrobić coś innego niż wszyscy. Musi ustabilizować swoją pozycję na rynku, przypominając jak potężny bagaż historyczny niosą ze sobą te dwie litery ich nazwy. Absolutnie nie twierdzę, że przekombinowanie „piątki” było złą decyzją. Z pewnością wiele osób podniosło brew ze zdziwienia. To istne oświadczenie Citroena, który pokazuje bardzo wymownie – „patrzcie co potrafimy”. Teraz czas się przekonać, co wybiorą klienci. Ja pozostaję przy luksusie pisanym przez „X”.

ds5_02

ds5_03

ds5_05