Blog

Myśli z Genewy: Największy smartfon świata

Autor:  | 

Osoby, które są z naszym podcastem związane od samego początku wiedzą, że poza samą motoryzacją uwielbiamy gadżety. Pod tym względem jesteśmy stereotypowymi geekami. Potrafimy zachwycić się kawałkiem plastiku, który pika, brzęczy i jest inny od wszystkich. Dodatkowe punkty, jeśli spełnia on funkcje, które dotychczas były kompletnie nikomu niepotrzebne. Sam osobiście nie raz kończyłem na zakupie urządzeń, które zachwyciły mnie swoimi bezużytecznymi możliwościami.

Czy tak samo może być z motoryzacją? Czy samochód może być bardziej gadżetem niż czymś co ma duszę?

tesla_01

Odpowiedź na to pytanie przyszła podczas powrotu z Genewy, gdy Artur zasugerował mi, że to właśnie Tesla nie jest samochodem, tylko gadżetem. Powiem Wam, że coś w tym jest, ale by mieć pewność, przyjrzyjmy się najnowszej Tesli 85D i sprawdźmy fakty.

Czy jest to samochód, który ciężko kupić? W Polsce nie ma ani jednego oficjalnego salonu. Czy można go bez problemu zarejestrować? Niekoniecznie, bo według prawa nie posiadając pojemności silnika, nie może być samochodem. Czy warunki w kraju sprzyjają by go posiadać? Co prawda mamy już kilka stacji ładowania w Polsce, ale to wciąż zbyt mało. Czy jest absurdalnie drogi i niepraktyczny? Najbliższy serwis jest w Niemczech, ale najpierw trzeba tam dojechać.
Sami przyznacie, że Tesla 85D nosi wszystkie znamiona bycia gadżetem. Dlaczego wobec tego tak bardzo chciałbym ją mieć? Szczególnie, że jest to samochód w pełni elektryczny, nie posiadający prawdziwego serca pompującego cudownie pachnącą benzynę.

Teraz gdy piszę te słowa, odpowiedź brzmi oczywiście. Nigdy w życiu nie kupiłbym Tesli, nie zdradziłbym w końcu samego siebie. Problem jednak zaczyna się za każdym razem gdy się z nią spotkam. Ba! Wystarczy, że zbliżę się do niej z kluczykami i zobaczę jak automatycznie wysuwają się klamki z drzwi. Po chwili siedzę w środku. Ten ekran, ta mnogość opcji. W mgnieniu oka zamieniam się w małego chłopca, który po raz pierwszy odkrywa możliwości nowego smartfona. Tu nie ma mowy o przyciskach czy przełącznikach. Pokrętła? Halo, dzwonił rok 1995 i pytał o Ciebie. Nawet maska i bagażnik otwierane są z panelu dotykowego. Poznanie wszystkich opcji i możliwości zajęłoby tygodnie. I to jest cudowne w tym… czymś.

Nie wykluczam, że Tesla mogłaby się stać moim biurem. W końcu na komputerze pokładowym mogę zrobić prawie wszystko od sprawdzenia pogody, przez przeglądanie stron internetowych, na synchronizacji kalendarza z moimi spotkaniami kończąc. Nawet jeśli jeszcze czegoś nie można zrobić na tym 17 calowym ekranie to prawdopodobnie amerykańscy inżynierowie pracują już nad odpowiednią aplikacją lub aktualizacją, którą możemy sobie bezprzewodowo pobrać bezpośrednio do samochodu.

Gdybym chciał się dalej tłumaczyć, mógłbym również mówić o wspaniałych osiągach tego samochodu. Problem w tym, że to taki trochę temat tabu, bo wiecie… to samochód elektryczny. Ponieważ jednak nie boimy się trudnych tematów, porozmawiajmy chwilę o tym czym Tesla jest napędzana. W najmocniejszej wersji pod samochodem znajduje się bateria o mocy 85 kWh. Mówiąc naszym językiem, to bateria, która byłaby w stanie w pełni zasilać typowe gospodarstwo domowe przez prawie trzy pełne dni. Jeśli przeliczymy to na naszą „walutę” podobno wychodzi z tego 691KM. W cywilnym sedanie! Rezultat – 3,2 do setki – a to terytorium zarezerwowane dla najpotężniejszych egzotyków, tymczasem Tesla – która nie jest małym samochodem – pokonuje ten dystans bez najmniejszego zachłyśnięcia. Co więcej, w samochodach, które zazwyczaj mają takie osiągi jedyne co jesteście w stanie zmieścić to kosmetyczka, ewentualnie puszkę kukurydzy.

Tesla nie ma silnika. Oznacza to, że ma dwa bagażniki oraz masę schowków, w tym jeden ogromny pod środkową konsolą do którego bez problemu zmieścilibyśmy obiad i dwu litrową butelkę napoju. Dla miłośników cyferek mam spojrzenie z ich perspektywy. Tesla ma łącznie 1792l pojemności bagażowej.

Wszystko to brzmi niemal idealnie. Jest tylko jeden problem. Gadżetami lubimy się bawić. Bardzo dużo bawić. Twój nowy smartfon podobno na czuwaniu jest w stanie wytrzymać 3 dni, ale czy kiedykolwiek leżał tyle nieużywany? No właśnie. Podobnie jest z Teslą. Według katalogu na pełnym ładowaniu możecie przejechać ponad 480km. W idealnych warunkach pogodowych. Bez klimatyzacji. Po autostradzie. Jadąc 104km/h. W rzeczywistości będziemy się cieszyć jeśli uda nam się zrobić choćby 360km.

A co potem? Godzina ładowania ze zwykłego gniazdka daje nam możliwość przejechania ok. 30km. Chyba, że mieszkamy w USA przy specjalnych stacjach ładujących, które potrafią w półgodziny przygotować baterie nawet do 250km podróży. Póki co, dla nas to jednak wizja odległej przyszłości.

Tymczasem internet roi się od filmów zaskoczonych ludzi, którzy po raz pierwszy mogą poczuć moc tego samochodu. Pytanie tylko czy jak każdy gadżet i Tesla potrafi się tak szybko znudzić. Czy po krótkim okresie użytkowania nie dochodzi się do tego samego wniosku co zawsze – „to było fajne, a teraz wróćmy do rzeczywistości”. Gdy wsiadamy do Lamborghini, Ferrari czy Maserati, podświadomie jesteśmy gotowi na zerwanie kapci. Tutaj króluje jeszcze efekt zaskoczenia nową technologią.

Dotychczas w mojej świadomości istniały dwie grupy pojazdów: samochody i narzędzia. Teraz chyba najwyższa pora na nową – samogadżety. Ok, nad nazwą muszę jeszcze popracować. Nie zmienia to jednak faktu, że ze wszystkich marek i producentów, wizja przyszłości wg. Tesli jest najprzyjemniejsza. Nie ma tu diesli, nie ma hybrydowych mutantów i przede wszystkim nie ma brzydoty. Bo to trzeba Tesli przyznać – wygląda fantastycznie. W swoim segmencie samochodów elektrycznych jest absolutnie bezkonkurencyjna i nic nie wskazuje by ktokolwiek ją w najbliższej przyszłości zdetronizował.

Nie wiem tylko czy jestem gotów na to by w moim garażu stał jeżdżący smartfon.

tesla_02

tesla_03

tesla_04