Blog

Micro Machines World Series (XO)

By  | 

Ostatnie lata przynoszą wiele dobrego dla graczy, którzy swoją przygodę z grami wideo rozpoczynali w latach 90-tych. Rynek jest wręcz zalewany kontynuacjami, reedycjami i remasterami dawnych gier.

Ja też się na to wszystko złapałem. Na wieść o powrocie Micro Machines piszczałem z radości, a zapowiedzi traktowałem na równi z innymi grami motoryzacyjnymi które miały o wiele większe budżety.

Założenia oryginalnego Micro Machines były banalnie proste. Małe resoraki na „dużych” torach. Wizualnie dawało to efekt niespotykany w innych grach. Ogromny – jak na tamte czasy – tor wodny był w rzeczywistości wanną z mydłem i pianą, która wytyczała kierunek jazdy. Plansza z budowlami, była stołem kuchennym, na którym przeszkodami były sztućce i różnego rodzaju jedzenie. Ten klimat zapadał głęboko w pamięć. Na takie Micro Machines czekałem. Wystarczyłaby mi lekko lepsza grafika, może garść kustomizacji i kilka świeżych pomysłów.

Niestety developer, tworząc nową edycję, zachłysnął się sukcesem gier z kompletnie innych kategorii i pułapów budżetowych.
Po pierwsze, najnowsze Micro Machines jest grą online skierowaną głównie na multiplayer po sieci. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że aby zbierać punkty, awansować i korzystać z większości dostępnych w grze możliwości trzeba mieć nie tylko dostęp do internetu, ale i płatne konto w usługach sieciowych.

Jeśli jesteście w posiadaniu abonamentu Xbox Live Gold lub PlayStation Plus, to gra ma dla was o wiele więcej możliwości. Każdy wyścig zakończy się zbieraniem punktów doświadczenia, które stopniowo będą nas wprowadzać na kolejne poziomy.

Zdobywając każdy poziom dostaniecie skrzynkę obfitą w dary takie jak malowania waszych samochodzików czy kwestie, które mogą wypowiadać. Dlaczego ten sam system nie jest zastosowany dla graczy, którzy chcą grać ze znajomymi na kanapie – jest to dla mnie kompletnie nie zrozumiałe.

Druga sprawa to sama rozgrywka. Mam wrażenie, że developer gry nie do końca wierzył w siłę i potencjał reaktywowanej marki. Zamiast skupić się na tym co najważniejsze czyli modelu jazdy – zaczął kombinować. I tak nasze samochodziki zostały wyposażone w bronie, moce i inne narzędzia zagłady.

Każdy z pojazdów ma swój własny arsenał w trybie Battle. Przykładowo radiowóz policyjny może przyzwać helikopter, który mając w swoim zasięgu cel, bardzo szybko doprowadzi do jego destrukcji. Najgorsze jest jednak to, że pojazdy kompletnie niczym się od siebie nie różnią w prowadzeniu, a podczas wyścigów i tak nie mają dostępu do swoich unikatowych mocy. Nieważne więc czy sterujecie monster truckiem, karetką, imitacją Jaguara czy czołgiem – każdy wyścig wygląda tak samo.

W teorii zakładam, że developer chciał, by każdy miał równe szanse, ale chyba nikt o zdrowych zmysłach nie sądził, że Micro Machines stanie się poważnym tytułem e-sportowym. To gra, która powinna działać błyskawicznie, by móc w każdej chwili przejechać sobie wyścig lub dwa dla zabawy. I tyle.

Dla zróżnicowania, wystarczyło zrobić wyścigi tematyczne, tak jak w oryginalnym tytule. Wyścigi z bolidami były szybsze, motorówki wolniej reagowały na nasze poczynania, a terenówki były wyjątkowo skrętne. Tutaj mam wrażenie, że każdy wyścig jest taki sam. W dodatku jeśli gram w sieci lub z przeciwnikami komputerowymi – to zostaję pozbawiony poczucia rywalizacji.
Zresztą sam poziom trudności jest też trochę dziwnie zbalansowany. Zdarza się, że po wypadnięciu z trasy musimy czekać nawet kilkanaście sekund na przywrócenie co praktycznie automatycznie równa się z przegranym wyścigiem.

Dla mnie jedynym trybem, który w tej grze się sprawdził jest Battle. Jeśli bym się bardzo skupił, zmrużył oczy i grał na głowie to gdzieś tam przypomina mi trochę uwielbianą serię Mario Kart. Tutaj faktycznie sprawdza się różnorodność broni i ganianie za innymi samochodzikami po zamkniętej planszy. Szkoda tylko, że by czuć jakąkolwiek progresję lub zbierać cokolwiek, jesteśmy zmuszani do grania po sieci.

Ostatecznie z Micro Machines wytrzymałem kilka godzin. Może jeśli kiedyś dorobię się czterech padów i skrzyknę starą ekipę to dam grze oczko – może nawet dwa – w górę, ale póki co nie jestem tu w stanie znaleźć nic dla siebie, szczególnie gdy konkurencja jest tak mocna. Ogromna szkoda. To jedna z najgorzej wykorzystanych licencji, która miała w sobie ogromny potencjał. Jej siłą byłą prostota, łatwa dostępność i grywalność.

Tymczasem kultowa seria z dzieciństwa została przeistoczona w niewiadomo co. Jeśli planujecie grać samemu – znudzicie się natychmiast. Przy konsoli nie będzie was trzymać nawet największa porcja nostalgii. Plansze, po których przyjdzie nam się ścigać – choć ładne – nie są w stanie przykuć nas do telewizora. Fajnie, że kuchenna plansza się brudzi, a po stole bilardowym latają bile, ale jeśli w samą grę źle się gra to nie ma przebaczenia.

Brak jakiejkolwiek – choćby najbardziej banalnej na świecie – kampanii dla jednego gracza jest kolejnym gwoździem do trumny.

Jedyny ratunek jest w waszych dzieciach, lub w połączeniu uderzenia nostalgicznego z innymi trzema osobami. Na szczęście jest możliwość by pograć przed jednym telewizorem w cztery osoby naraz.
Absolutnie każda gra – nieważne jak słaba – zyskuje blask jeśli gramy ze znajomymi na jednej kanapie. Natychmiast przypominają się czasy, gdy za młodu siedziało się przed małym, wypukłym, 14 calowym telewizorkiem, gdzie ekran był podzielony na cztery. Nikogo wtedy nie interesowała grafika, funkcje, kustomizacja. Najważniejszym aspektem było, by gra w ogóle działała i wymagała jak najmniejszej ilości zmiany dyskietek.

Najgorsze jest to, że nawet ten element został brutalnie zamordowany przez twórców. Decydując się pograć z kimś na jednej konsoli, nie mamy dostępu do podstawowego trybu gry – wyścigów. WYŚCIGÓW! W GRZE WYŚCIGOWEJ! Nie mam nawet pomysłu na powód, dla którego coś tak podstawowego zostało wycięte z gry lokalnej.

Może odświeżona grafika i możliwość strzelania przekona was bardziej niż mnie. Może jesteście emocjonalnie związani ze słowem „Micro” lub „Machines”. Jeśli nie to polecam wam wideoreceznję zaprzyjaźnionego podcastu Rozgrywka. Znajdziecie tam jeszcze jeden skrywany sekret.

P.S. Sekretne hasło to Toybox Turbos.

Grę do testów udostępnił nam wydawca – firma Techland.