Blog

#GIMS2018 SUMA: Paweł

Autor:  | 

Na ten wyjazd czekam cały rok – słowa, które powtarzam jak mantrę średnio co 365 dni. Geneva International Motor Show, czyli w skrócie GIMS. Jeśli wszystko dobrze przeliczyłem, to w 2018 odbyłem już swoją ósmą wyprawą na hale targowe w motoryzacyjnym sercu Szwajcarii.

Tym razem wyjazd był dla mnie szczególny. Po pierwsze, zbliża się koniec mojej wspólnej drogi z MINI i powoli należy rozpocząć rozglądanie się za kolejnym etapem samochodowej przygody. Po drugie, jeszcze nigdy tak ważna nie była lokalizacja noclegu.

Na przestrzeni lat nocowaliśmy już w różnych warunkach. Były ciasne motele z niepasującym kluczem, prywatne domki, których właściciel o nas zapomniał, był nawet apartament umieszczony tak wysoko w górach, że małe MINI nie poradziło sobie z podjazdem pod stromiznę i zostało pokonane przez… Pandę 4×4. Krótko mówiąc, każde miejsce, nieważne jak urokliwie miało gdzieś jakiś minus.

Dlatego od kilku lat nasz nocleg w pełni pozostawiam Arturowi. Mamy ustalony budżet, którego nigdy nie przekraczamy, a reszta mnie nie interesuje. Od momentu gdy został naszym nadwornym „hotelarzem”, do ostatniej chwili nie chcę wiedzieć gdzie będziemy się zatrzymywać na te kilka dni.

Do tego wyjazdu zakładałem, że nocleg w zasadzie nie ma znaczenia. Z hotelu wybywamy wcześnie, gdy jeszcze ciepłe crossainty trafiają do lokalnych piekarni, a wracamy na tyle późno, że większość sklepów jest już pozamykana.

To wszystko jednak zmieniło się, gdy w poniedziałkowe popołudnie zajechaliśmy do miejscowości Nyon, oddalonej o niecałe 20 km od hal targowych. Powtarzałem to już niejednokrotnie na podcascie, ale napiszę ostatecznie jeszcze raz – Artur przeszedł samego siebie.

Jakim cudem mieszcząc się w naszym budżecie znalazł ogromny apartament z ogromnym salonem, którego widok rozpościerał się na wody jeziora Genewskiego, gdzie w tle Alpy przedzierały się przez chmury jest poza moim rozumowaniem. Nagle WSZYSTKO nabrało innego wydźwięku, innego smaku i innego klimatu.

Mając możliwość spędzenia czasu w takim miejscu i składanie materiału nad którym pracowało się od świtu do wieczora sprawiły, że był to nasz absolutnie najlepszy wyjazd w historii. To też pierwszy wyjazd, w którym tak kluczową rolę odegrały osoby, które wspierają nas na Patronite oraz nasz partner kyocerasklep.pl. Nie wychodzimy jeszcze z naszą eskapadą na zero, ale to niesamowite, że znajdują się osoby i firmy, które chcą byśmy dalej mogli spełniać swoje marzenie jakim jest DoDechy.

Ten wyjazd miał też dla mnie ogromne znaczenie pod kątem motoryzacyjnym. Mam wrażenie, że coś się we mnie zmieniło. Gdzieś przeskoczył kolejny trybik w moim mózgu, który wyrównuje w moim guście motoryzacyjnym balans pomiędzy sercem, a rozumem.

Jasne, dalej marzy mi się Porsche 718 w kolorze Miami Blue, z dziką rozkoszą chciałbym, by każda wizyta w garażu rozpoczynała się od ryku V8 Forda Mustanga, a na wyprawy rodzinne z narzeczoną i psami najchętniej zabierałbym czarnego jak smoła Range Rovera Sport zmodyfikowanego przez Kahn’a.

Tylko gdy zbliżamy się do rzeczywistości, w naszych wyborach musimy kierować się tym samym, co w związku partnerskim – sztuką kompromisów. Nie oznacza to, że nasze wybory muszą być nudne, a swoje życie musimy skończyć w samochodzie, który będzie nas przyprawiał o mdłości i stanie się jedynie puszką przeprawiającą nas z punktu A do B. Ważne by znaleźć taki samochód, który zbliży się WSZYSTKIMI swoimi cechami najbliżej WASZEGO ideału.

W swoim życiu miałem tę przyjemność posiadania wielu samochodów. Niektóre z nich zepsułem (Ford Focus LoneWolf otwierane drzwi do góry i głośnik zamiast koła zapasowego Edition), niektóre pokochałem (Ford Focus ST), a niektóre zepsuły mnie (Ford Focus CC). Były też różnego rodzaju eksperymenty jak chociażby pickup, czy obecny MINI. Każdy z nich dał mi cenną lekcję, każdy uświadamiał mi co kocham, a czego nienawidzę w motoryzacji.

Dlatego mój samochód targów jest samochodem, który większość z was uzna za „normalny”. Znajdą się pewnie takie osoby, które zbulwersują się, jakim prawem wybieram taki samochód w momencie gdy obok stoi wymuskany Koenigsegg, pachnący Bentley Flying Spur czy Rimac C_Two, którego osiągi powodują, że brew unosi się gdzieś za plecy. Problem polega na tym, że to jest MÓJ samochód targów. Samochód, który wybrałem kierując się wieloma czynnikami. Samochód, który nie musi być moim marzeniem, bo wiem, że istnieje szansa, że będzie mnie nie tylko na niego stać, ale i będę mógł go utrzymać.

Ten samochód to Seat Leon FR. Puryści z pewnością przestali już czytać, fani jazdy na ręcznym pod Biedronką obrzucili swoje monitory pomidorami, tymczasem ja przeanalizowałem każdy skrawek tego samochodu i znajduję jedynie pozytywne strony.

Po pierwsze wygląd. Zgodzę się – nie jest to najpiękniejszy samochód na świecie, nie znajduje się nawet w moim Top 20 wszechczasów. Jest bardzo poprawny, ale przy wymarzonej konfiguracji szalenie mi się podoba. I nie przeszkadza mi, że Seatów robi się coraz więcej na drogach. Gdybym miał kupować samochód pod publiczkę prawdopodobnie kupiłbym traktor i pomalował go na fluorescencyjną żółć rodem z Mercedesa G 4×4 do kwadratu. Po drugie, z przodu bardzo przypomina mi mojego ukochanego Focusa ST, który był jednym z moich ulubionych samochodów.

Dalej jest wnętrze. To tutaj przez lata występował u mnie największy zgrzyt. Nie mogłem znieść niskiej jakości plastików i materiałów, które mimowolnie wytrącały ze mnie zwrot „meh”, gdy tylko wsiadałem do jakiegokolwiek modelu hiszpańskiego producenta. Ale dwa lata temu coś się zmieniło. Ktoś gdzieś poszedł po rozum do głowy i nagle stwierdził, że przecież świat już poszedł na tyle do przodu, że można już pójść o krok dalej. I to jest ten krok, który już mi odpowiada. Na dodatek od tego roku został wprowadzony do gamy Seata virtual cockpit, który po pewnym czasie eksperymentów w Audi trafił już do całej grupy VAG. To jedyny koncern, który na poważnie przemyślał jak można sensownie wykorzystać zmianę analogowych zegarów na ich cyfrowe odpowiedniki. W tym temacie konkurencja jeszcze śpi i działa nieco po omacku.

Kolejną ważną kwestią jest silnik. W dobie downsizingu coraz częściej spotykamy się z mniejszymi silnikami w coraz większych samochodach. I choć technologia idzie naprzód, to nie podoba mi się, że maksymalnym silnikiem w nowym – absolutnie przepięknym – Peugeotcie 508 najmocniejszą jednostką będzie serce o pojemności 1,6 litra. Nawet w samochodach konkurencyjnych do Leona zaczyna robić się dziwnie. Nowa Kia Ceed na którą tak liczyłem została przeze mnie zdyskwalifikowana właśnie przez motor. 1,4 T-GDI. Słabo.

Tutaj natomiast mogę poszaleć. Moją osobistą jednostką docelową jest silnik 1,8 połączony z 7 stopniową skrzynią DSG. To kombinacja w której zakochałem się, gdy rok temu napędzała Skodę Superb podczas naszej wyprawy do Genewy. Dynamiczna, a zarazem absurdalnie ekonomiczna. Liczę na to, że tutaj spisze się co najmniej tak samo dobrze. Efektem ubocznym jest oczywiście dźwięk. Leon FR to nie jest niestety Cupra więc nie można się tu spodziewać szaleństw, choć widziałem już producentów, którzy nawet z takiego silniczka są w stanie wydobyć generator popcornu.

Jednym z ostatnich elementów jest nagłośnienie. Coś, co pominąłem przy wyborze MINI nie decydując się na lepszy zestaw. Gdy w tym roku wracaliśmy nowym Renault Megane GT Artura i usłyszałem dwa swoje ulubione aktualnie kawałki (na więcej mi nie pozwolili) na nagłośnieniu Bose, zrozumiałem jak ważny jest to dla mnie element układanki.

Seat Leon w tym przypadku oferuje dwa ciekawe rozwiązania. Pierwszym z nich jest Seat Sound, składający się na 9 głośników i subwoofer. Przyznam, że raz ukradkiem udało mi się wyrwać Leona na 30 min do testów i byłem pod ogromnym wrażeniem jakości dźwięku. A jeśli budżet na to pozwoli to mogę wyposażyć swój samochód w system Beats, który dorzuca wzmacniacz i dodatkowy głośnik.

Reszta to duperele, choć często to właśnie te najmniejsze elementy są w stanie przechylić szalę pomiędzy miłością a nienawiścią. Możliwość zamówienia czarnej podsufitki, ściętej kierownicy, zgrabny infotainment, który kształtem nie przypomina doklejonego tabletu z dyskontu – to tylko część z nich.

Na domiar wszystkiego Seat od tego właśnie roku przedłużył swoją gwarancję do 5 lat. Przypadek?

W tym roku, w pełni świadomy swojej decyzji wybieram samochód targów, który dla was z pewnością jest „normalny”. Ja z uśmiechem planuję już sobie budżet, a realizację swojego planu wybiorę – jak na tradycję przyszłego właściciela Seata przystało – od poszukiwań właściwego kapelusza.

Gwoli ścisłości. Powyższe zdjęcia przedstawiają oczywiście wersję Cupra R w limitowanej edycji. Na cały świat trafi zaledwie 799 sztuk z czego do naszego kraju dotrze zaledwie 13 egzemplarzy. Cupra w tym wydaniu wygląda absolutnie zjawiskowo, szczególnie z miedzianymi akcentami i elementami z włókna węglowego. Ponownie – tutaj wszystko się zgadza. Silnik 2 litrowy, 310 KM (lub 300 KM dla skrzyni DSG) i zwiększony o ponad 12% docisk. Tylko cena… 182 100 zł na start. Pozostanę mimo wszystko przy mojej konfiguracji.

Pozdrawiam, Jeżyk