Blog

#GIMS2018 SUMA: Michał

Autor:  | 

Często wspominam różne legendy i to nie tylko te motoryzacyjne ale prawda jest taka, że jeżeli są to podmioty posiadające imiona, nazwiska albo pseudonimy to i tak w jakiś sposób kojarzą mi się z samochodami. Tym razem było podobnie.

Jak co roku każdy z naszej indywidualnej trójcy wybierał się do Genewy z myślą o ujrzeniu czegoś fascynującego dla siebie samego. Artur chciał zobaczyć wszystko, Paweł (Jeżyk) coś dla starych dziadów jeżdżących tylko w niedzielę, a ja coś co strasznie mi zawsze fascynowało ale już nie istnieje. Nie wiele się zmieniło.

Pierwszego dnia targów moi koledzy zmusili mnie do wypicia kawy na stanowisku Volvo. Nie to, że nie pijam kawy w tym właśnie miejscu, tylko w ogóle jej nie pijam. Jak zwykle namówili mnie
i dzięki temu wszedłem w inny wymiar. Ponoć tak czuje się człowiek po zastrzyku adrenaliny i coś w tym jest. Zacząłem myśleć tak jasno i przejrzyście, iż doszedłem do wniosku, że chcę zobaczyć pojazd, którego produkcję zaprzestano w roku 1974, a kilka dni przed wyjazdem przeczytałem w jednej z gazet o tym właśnie pojeździe, że premiera i takie tam. Przypomniało mi się też o tym, że nie tylko przestano dawno temu produkować ten model ale również od jakiegoś czasu nie ma nawet takiej marki. Byłem lekko zakłopotany do tego stopnia, że przestałem trochę sobie wierzyć, a to zdarza się rzadko, w zasadzie nigdy.

Podczas delektowania się kawą rozmawialiśmy o wszystkim, o nakryciach głowy, o kolorach, dziewczynach, butach, tylko nie o samochodach. A ja cały czas wypatrywałem ale na tych halach łatwo się rozkojarzyć.

Pojazd o którym mowa został zaprezentowany podczas salonu samochodowego w Turynie w roku 1970 przez firmę Bertone, która musiała posiłkować się kredytem na budowę tak szalonego prototypu. Konceptem zainteresowała się marka Lancia i zamówiła 500 egzemplarzy tego modelu stworzonego pod kierownictwem Marcello Gandiniego (nieznanego wówczas inżyniera, który stworzył kilka BMW i Lamborghini, np. Countach ). Produkcja cywilnych pojazdów Lancia Stratos HF potrzebna była do uzyskania homologacji rajdowej. I tak w 1973 powstała legenda rajdów , do której napędu wykorzystano Silnik Ferrari Dino (uwielbiam połączenie tych dwóch słów, aż mnie ciarki przechodzą) V6 o pojemności 2400cm3 i mocy ok. 190 KM. W roku 1976 nasz rodzimy ośrodek sportu motorowego OBRSO FSO zakupił we Włoszech trzy egzemplarze Stratosa, w tym jedną cywilną Stradale. Pomimo tego, iż ścigał się nimi m. in. Andrzej Jaroszewicz zostały one rok po roku rozbite (włącznie z tą cywilną). Samochodów nie dało się w ówczesnych realiach odbudować ale na podstawie części jednej z Rally rozbitej w Rajdzie Polski zbudowano Stratopoloneza, który na szczęście stoi w którymś muzeum w stolicy. Ostatnio widziałem go w Muzeum Motoryzacji na ul. Żelaznej w Warszawie w 1997r.

Po tym jak Artur z Pawłem wypili po trzy termosy kawy, zajadając to wszystko taczką ciastek, ruszyliśmy do kolejnych stanowisk. Ja byłem bardzo mocno naładowany energią i potknąłem się
o jakąś panią zawiązującą buta albo plecak, nie ważne. Nie zdążyłem jej przeprosić ponieważ przed moim obliczem ukazała się czarna postać, to znaczy ciemna. Smukła dziewczyna ubrana w coś dziwnego, czarnego, bardzo wysoka, znowu się potknąłem. Artur spuentował to krótko: „o patrz Michał to ona, to na nią się tak napaliłeś”. Poczułem się zawstydzony.

Tak właśnie trafiliśmy na stoisko Lancii Stratos pod hasłem „Garage … coś tam”. Znajdował się tam ten model z lat ’70 oraz nowa premierowa Stratos, obydwie czarne i błyszczące. Pierwszego dnia nie można było się tam dostać, wszystko było ogrodzone i za szkłem. Popatrzyłem sobie trochę i zabrano mnie na stoisko mojego ulubionego francuskiego koncernu…

Drugi dzień uczynił ze stoiska Lancii nieco bardziej otwarty obiekt, mianowicie dostaliśmy się tam. Byłem przeszczęśliwy mogąc delektować się obecnością nowego i legendarnego modelu. Obydwa prezentowały się fenomenalnie, w podświadomości czułem zapach paliwa wydobywający się z gaźników i wydechów starego Stratosa, znalazłem nawet sposób jak wsiąść do tego nowego GT2, który tylko nieznacznie urósł w porównaniu do swego prekursora. Również bazował na podzespołach Ferrari, tym razem 430 Scuderia i generował moc 540KM, jednak tym razem zaprojektowała go spółka Pininfarina. Pojazd przytył znacznie, gdyż poprzednik ważył zaledwie 990kg, a obecna generacja 1247 kg ale pojemność także wzrosła z 2,4 do 4,3 l, a o mocy już mówiłem. Uwielbiam takie włoskie maszyny, które są niezbyt wielkie, ledwo mieści się tam kierowca z pasażerem i można o tym pisać godzinami do póki nie staniesz przed tym stworem i nie poczujesz respektu. Samym wyglądem przenosi Cię na tor i wiesz, że gdybyś spróbował jako laik to Byś zginął, przynajmniej w przypadku tej legendy. Tylko hamulce, kierownica, silnik, hałas, zapach benzyny i Ty, kolejność dowolna.

Najbardziej zasmucił mnie fakt, iż wyprodukowano tylko jeden egzemplarz. Nie ubolewam nad tym zbyt mocno, ponieważ i tak pewnie nie była by ona w moim zasięgu. Wedle powiedzenia „nigdy nie mów nigdy” wolę pozostawić ją w sferze tych wozów, które są niedoścignionymi marzeniami. Bo co by było gdybym ja zdobył? Poczułbym się jak w roku 1976, pewnie bym się rozbił i tyle. Następnie przełożyłbym ocalałe podzespoły do mojego fiata 125p, rozpędził się, rozbił ponownie i zginął. Dlatego: „…wolę pchać ten swój wózek.”.