Blog

#GIMS BLOG: Road to Geneva

Autor:  | 

Jak już pewnie zauważyliście, targi w Genewie to dla nas prawdziwe święto. Jesteśmy dumni z tego, że raz do roku możemy być na jednej z najważniejszych imprez motoryzacyjnych na świecie i szykować dla Was materiał na żywo bezpośrednio z hal targowych.

Dziś trochę o tym jak szykujemy się do samego wyjazdu. Nadal pamiętam, jak 10 lat temu pojechaliśmy z Arturem na targi do Genewy. Z tą małą różnicą, że były to dni otwarte. Obrazy tych dni, regularnie nawiedzają mnie po nocach do dnia dzisiejszego. Przepych, ścisk, smród i ten ciągły pociąg ludzi by otwierać bagażniki. Nieważne czy to najnowszy model Porsche, kultowe Ferrari czy Smart. Ludzie rzucali się na klamki, zawleczki, przyciski i przełączniki. Raz odważyłem się zamknąć jeden z bagażników. Gdy tylko klapa się zatrzasnęła zza pleców usłyszałem rozpaczliwy krzyk człowieka, który prawdopodobnie oczami wyobraźni właśnie pakował do samochodu swoje niedzielne zakupy. A smród? Wyobraźcie sobie swój najgorszy dzień w komunikacji miejskiej, brak klimatyzacji i strefę dla palących. Nigdy. Więcej.

Magia GIMS’u czyli Geneva International Motor Show tkwi w dniach prasowych. Choć nie są to największe (powierzchniowo) targi na świecie, to jednak jest w nich coś magicznego co sprawa, że obłożenie hoteli w dniach targów jest na poziomie 95%… na pół roku przed samymi targami. W tym roku nasz hotel znajduje się 25km od hal targowych i uznajemy to za bardzo dobry wynik.
To właśnie w dni prasowe zjeżdża się cała śmietanka motoryzacji. Nie często można spotkać tyle świetności sceny motoryzacyjnej w jednym miejscu, poczynając od znanych dziennikarzy, przez aktorów, artystów na szefach najbardziej ekskluzywnych marek kończąc. Wszyscy mają tu swoje spotkania za zamkniętymi drzwiami i poza kilkunastominutową konferencją są praktycznie nieosiągalni.
Jest wiele osób, które uwielbia dni prasowe za to, że można wyłapać jakiś gadżet lub coś przekąsić na niemalże każdym stanowisku. Wiele razy przez zupełny przypadek spotykaliśmy rodzimych dziennikarzy, którzy zaczepiali nas tylko po to by zdać nam raport co i gdzie warto zjeść.

Dla mnie dni prasowe to przede wszystkim kultura pracy. Każdy wie, że przyjechał tu zrobić materiał. Jedni z przymusu, drudzy z przypadku, ale i tacy którzy przyjechali z pasji. Efekt jest taki, że nikt nie wchodzi sobie w drogę i każdy stara się wykonywać swoją pracę nie przeszkadzając innym. Z jednym małym wyjątkiem. Ferrari.

Oni zasługują na całkowicie osobny akapit. Jedno z niewielu stanowisk w Genewie, które zawsze ma wyznaczony limit wpuszczanych dziennikarzy i zawsze jest do nich kolejka. Stanie w niej to koszmar, ale nie ze względu na czas czy zasady. To w tym momencie wychodzi ta jakaś dzicz z niektórych ludzi, którzy nagle mają ochotę walczyć z całym systemem. Nie pamiętam targów na których wszyscy staliby grzecznie i czekali na swoją kolej. Tutaj zawsze są przepychanki, krzyki i wrzaski, a nawet wyzwiska, szczególnie pod adresem osób, które mają umówione spotkania. Ta kolejka i stanie wśród zirytowanych ludzi, którzy są przekonani o swojej wyższości jest najgorszym i chyba jedynym elementem targów, którego nie lubię.

Genewskie targi kryją wiele takich historii i postaram się z czasem nimi wszystkimi podzielić, ale gdy czytacie te słowa w głowie mam już tylko to co mnie czeka przez kilka następnych dni.

Właśnie. Czy do targów można się w ogóle przygotować? Oczywiście, że tak i z roku na rok, nabieramy coraz więcej wprawy by być jeszcze lepiej przygotowanym. Choć nie wszystko można przewidzieć. Co z tego, że pierwszego dnia według planu mamy relację ze stanowiska Renault skoro decyduje się wystawić tylko jeden model we wszystkich wariantach kolorystycznych? Co jeśli dany producent wystawi zupełnie inne samochody niż się tego można było spodziewać? Takie sytuacje się zdarzają, a naszym zadaniem jest być przygotowanym na jak największą ilość wariantów.

W tym roku poszliśmy o krok dalej. Zwołaliśmy kolegium redakcyjne (czyt. spotkaliśmy się, ale tamta nazwa brzmi o wiele lepiej) i postanowiliśmy wszystko zaplanować. W ruch poszły długopisy, zakreślacze, klawiatury, rysiki i ekrany dotykowe. 2 dni, po 8 godzin na dzień i 40 obowiązkowych stanowisk.

Wszystko musi być przemyślane tak, by nasza relacja dała wam jak najwięcej frajdy z jej słuchania, czytania i oglądania. Choć każdy z nas ma wyznaczoną rolę i funkcję podczas targów to staramy się doszkalać. Ja dla przykładu zdecydowałem się, podszkolić trochę w klasykach…

… w czasie gdy Michał oglądał trochę inne „zderzaki”.

Nasz plan to, aż 4 odcinki, które nagramy w 4 dni. Każdy z nas miał obowiązek zapoznania się z obfitym scenariuszem, który trzeba znać na wyrywki. Szykujemy też jedną niespodziankę, ale o tym przekonacie się już lada dzień.

Na same targi dowiezie nas nasze DoDechowe MINI, o które też zadbałem przed samym wyjazdem. Choć pogoda sprawia, że samochody błyskawicznie stają się znów brudne, to nie mogłem odmówić naszemu Miniakowi drobnego prysznicu.

Pozostaje już tylko spakować ostanie rzeczy, zasilacze i zapasowe komplety baterii i wyruszyć w drogę. Pamiętajcie śledzić nas na Facebooku, Twitterze i Instagramie, gdzie w miarę możliwości postaramy się wrzucać dodatkowe materiały.