Blog

#GIMS BLOG: Ostatnie tchnienia z Genewy

Autor:  | 

Moja inicjacja w świecie Motoryzacji miała miejsce już w moim dzieciństwie, dokładnie wtedy, kiedy skończyłem drugi tydzień życia. Szczerze mówiąc nie wiem dlaczego wtedy, ale tylko dotąd sięga moja pamięć…

Można powiedzieć, że dorastałem z Mercedesami. Nie z tymi, które stały w przydomowym garażu, ponieważ ich tam nie było. Mam na myśli te pojawiające się na ulicy. W tamtych czasach najczęściej spotykanym modelem był W114/115. Można było natknąć się na niego na każdym rogu i to dosyć często, średnio raz na dwa tygodnie. Później zaczął pojawiać się prawdziwy król. Wielu taksówkarzy zasiadało za kierownicą tego modelu i to on sprawił, iż zakochałem się w tych samochodach.

Mowa o W123, potocznie zwany „beczką”. Niesamowity pojazd, świetnie komponował się nawet z dwu-litrowym, cztero-cylindrowym dieslem pod maską. Niewyobrażalny komfort podróży. Należy zaznaczyć, iż te wozy w większości pochodziły z importu. Ich szacowany wiek, w tamtych czasach, oscylował w granicach między 5, a 15 lat. O przebiegach nie będę wspominał. Następnie przyszedł czas na W 201 (190-tka) oraz W 124. Tak ten ostatni utwierdził mnie w tym, iż dobrze ulokowałem swoje uczucia. Przejechałem się modelem E 300, który mógł mieć wtedy rok, może 2 lata, nie ważne, nie pamiętam. Pamiętam natomiast, iż zmienił się wtedy mój świat. Nie tylko ten motoryzacyjny, ale także ten otaczający mnie, ponieważ wszystko za szybą oraz przed nami strasznie się rozmazywało. I tak właśnie upływała moja młodość.

Dla wszystkich fanów niemieckiej motoryzacji obok MB liczyła się wtedy jeszcze inna marka, dla mnie na szczęście nie do końca. Mowa tu o BMW. Tak, a co z tymi pojazdami, kiedy na ulicach można było zauważyć wspominane przeze mnie W114/115? Szczerze nie pamiętam.

Sporadycznie pojawiały się modele E-21. Miał miejsce jeszcze wielki wykwit E-30 w latach 90-tych, którego finał zakończył się fiaskiem. Seria 5 nigdy nie dorównywała nakładowi Mercedesa klasy E, natomiast pamiętam jedną sytuację z okresu, kiedy mieszkałem w Warszawie. Wracałem wtedy z….zawsze skądś się wraca. Przechodząc obok punktu do czerpania wody ze źródeł głębinowych, zauważyłem starszego pana, który dźwiga ciężkie pojemniki z wodą i pakuje je do bagażnika.

Chciałem mu pomóc ale po chwili stanąłem jak wryty. Był koniec lat 90’, a ten starszy pan pakował się do samochodu, który wyglądał jakby wyjechał z fabryki. Z fabryki w Monachium w roku 1966. To było BMW 1602. Nie wiedziałem co się dzieje. Stałem po drugiej stronie ulicy. Nie pomogłem temu człowiekowi, ponieważ jego czas pakowania sprawił, iż dłużej mogłem podziwiać tego klasyka. Byłem wtedy w innym świecie. Dlatego tak jak Mercedes rozbudził we mnie fascynację do motoryzacji, tak BMW sprawiło, iż utwierdziłem się w tym, że klasyki to coś, co będę w przyszłości kochał i wielbił.

Co dekadę starałem się porównywać do siebie te marki, bardzo konkurencyjne zresztą. Lata ’60 to krach dla BMW ale i odrodzenie. Wprowadzenie serii „Neue Klasse” przez Herberta Quandta było prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Seria małych, lekkich, wysokoobrotowych limuzyn uratowała markę przed wchłonięciem jej do koncernu Mercedes-Benz. Tej potędze nie można było wtedy podskoczyć. Wiedli prym w produkcji wspaniałych i niezniszczalnych limuzyn. Z tego okresu pochodzi moja ulubiona klasa S, mianowicie W108/109. Oprócz limuzyn powstawały także małe i szybkie roadstery takie jak W113 (Pagoda). Kto wygrywał w latach 60’? Oczywiście, że Mercedes.

Podobnie było w latach 70’. BMW prowadziło dalej swoją ekspansję w klasie małe, eleganckie i szybkie. Ale MB nie potrzebował istnieć w tym segmencie, ponieważ dalej był niedościgniony, a jego klienci nadal robili sobie samolociki z banknotów i rozpalali nimi w kominku.

Lata 80’ trochę namieszały. W klasie limuzyn W123 świetnie radziło sobie z ewentualnym potencjałem serii 5 „rekin”, natomiast w klasie niższej MB poczuł zagrożenie. Rok 1982. BMW e21 zostało zastąpione przez e30. A co u Mercedesa? Tak jest – kontratakuje. Mianowicie pojawia się model W201 (190), zwany „Baby Benzem”. W tej dekadzie pojawia się W124 i znowu prym wiedzie potentat ze Stuttgartu.

Lata ’90. Tu wszystko miało swój koniec. BMW modernizuję serię 5 wprowadzając e39, seria e36 zamienia się w e46 i wszystko dalej utrzymuje się w pozycji constans. Natomiast MB zrobi coś, czym zniechęci do siebie swoich wiernych klientów oraz zniszczy mój związek emocjonalny z marką i uśmierci moją miłość, legendę i wzór. Mianowicie w 1993 roku W124 przechodzi face lifting i staje się klasą E. Wygląda zachwycająco i w wersji kombi produkowane jest aż do 1997 roku, ale w 1995 roku pojawia się W210.

W tamtym okresie wygląda dosyć innowacyjnie, przyciąga i ciekawi ale to początek zła. Koniec lat ’90 to zły okres dla Mercedesa. Pojawia się wtedy A-klasa, która zaraz po zejściu z linii montażowej wywraca się na dach, E klasa (W210) i następca 190-ki, czyli C klasa zaczynają rdzewieć na potęgę. Podsumowując tu wygrywa… ponieważ nie ważne jak się zaczyna ale jak się kończy.

Lata 2000-2015 były już dla mnie martwe odnośnie analizy postępu tych marek. Po tym jak W124 przeszło na emeryturę, zacząłem przeżywać ją razem z nim. Był to okres w którym zacząłem używać tych samochodów do jazdy codziennej oraz finalnie jako zabawkę, która do dziś stoi u mnie w garażu i czeka na ładną pogodę.

Genewa, rok 2016. Zauważam dziwne zmiany w moim organizmie. Przechadzając się po stoiskach znanych producentów oczywiście nie mogłem ominąć odwiecznych rywali i przejść obok nich obojętnie.

Zacząłem od stoiska MB. Tam plejada modeli AMG C43, zarówno cabrio jak i coupe. Podłączył się pod to model SLC 43 AMG. Wszystkie wyposażone w silniki 3,0 V6 o mocy 367 KM. Robi wrażenie. Same pojazdy są również poprawne. C klasa coupe jak dla mnie wygląda bardzo poważnie i to mi się właśnie w niej bardzo podobało. Jest rasowym coupe ze Stuttgartu i moim zdaniem godnie przejmuje schedę po modelu CLK. SLC bardziej do mnie przemawia, a niżeli jego poprzednik SLK.

Jeszcze jedno. Premiera nowej klasy E. Tu w wersji E 400 wyposażona w benzynowy silnik 3,5 V6 o mocy 333 KM. Zawsze w tej klasie MB czułem jakiś spokój, nawet w W210 wnętrze koiło nerwy (oprócz wersji z tą paskudna, ciapkowatą tapicerką). Obecna klasa E wygląda tak jak klasa C i S. Nie lubię tych świateł z tyłu. Wyglądają jak lukrecję. Po za tym zniknęły celowniki z maski… oprócz modelu S. Wnętrze nowej klasy E jest po prostu… zbyt pstrokate jak dla mnie.

BMW. Oprócz potężnych serii 7 z pakietem M-power oraz drapieżnych serii 5 i muskularnych czwórek, producent z Bawarii angażuje się w segment małych i szybkich dwudrzwiowych sedanów. Mówię tu o serii 2, nie tej z przednim napędem oczywiście. Najnowsza M2 jest bardzo agresywna i wręcz wulgarna – bałem się jej. Wyglądała jak te dziewczęta, które noszą przykrótką koszulkę, uwydatniającą mięśnie brzucha i kawałek tatuażu wyłaniający się spod spodni, na głowie czapka z daszkiem i koniecznie coś w ustach – guma do żucia. Wybiegają z siłowni z taką szybkością, z jaką ja nigdy nie prowadziłem samochodu.

Bałem się jej, dlatego wsiadłem za kierownice tylko raz. Za to odnalazłem się idealnie w modelu 228i cabrio. Świetny kompaktowy pojazd, którego wnętrze wcale nie jest zbyt ciasne, ani zbyt obszerne. Silnik benzynowy o pojemności 2,0 l i mocy 245 KM pozwala na przyspieszenie do 100km/h w 6,0 s. W zupełności wystarczy dla każdego, nawet bardzo szybkiego samochodu i wymagającego kierowcy.

Bardzo podoba mi się ten ukłon BMW w stronę swojej historii, kiedy to opierali swój potencjał na małych, dobrze skrojonych, szybkich pojazdach. Tak jest do dzisiaj. Muszę to powiedzieć. W tej dekadzie po raz pierwszy jak dla mnie… BMW wygrywa z Mercedesem.

Z poważaniem Michał