Blog

#GIMS BLOG: Jak tam może być?

Autor:  | 

Wyjazd do Genewy zbliża się i można go określić bez wahania w godzinach. Ja w przeciwieństwie do Pawła i Artura wybieram się tam po raz pierwszy. Jeżeli chodzi o przemyślenia dotyczące tego konkretnego faktu, mogę bez skrupułów odpowiedzieć, iż nie są one w moim przypadku zbyt wyimaginowane.

Bierze się to z tego powodu, iż mniej więcej wiem czego się można spodziewać po wystawcach nowych pojazdów. Jest kilka premier, których jestem ciekaw. Zaliczają się do nich te pojazdy, które w dzisiejszych czasach są nie tuzinkowe. Potwierdzają również tezę, iż w motoryzacji zawsze każdy może coś dla siebie znaleźć oraz to, że prawdziwy fan automobilizmu nie musi tylko zachwycać się wozami z tak zwanej „górnej półki”. Na dowód tego – ja, człowiek, który motoryzacji dotąd poświęcił większość swojego życia – nie oczekuję od genewskich targów emocjonalnego aplauzu przy stoisku Ferrari, Maserati, Lamborghini, czy też innych marek, które tworzą wściekłe dzieła sztuki, za ogromne kwoty dla tych, którzy grają w MONOPOLLY na prawdziwe budynki.

Wśród nowych aut swoją uwagę chcę skupić na dwóch, ewentualnie trzech premierach. Wszystkie z nich są dla mnie w jakiś sposób szczególne, ponieważ odnoszą się do tej strefy pojazdów, które żyją we mnie cały czas, od zaczątku ich produkcji, aż do ich pięknego zestarzenia się. Pierwsza z nich, to wspominany przeze mnie wielokrotnie FIAT 124 Spider. Nie obchodzi mnie to, że w większości jest Mazdą. Cieszę się, iż nazywa się FIAT, ma wspaniałe korzenie i wprowadza dużo uśmiechu w nudnej od kilku lat ofercie z Turynu.

Kolejny miły ukłon w kierunku świata oldtimerów, to premiera Renault Alpine. Ciekawe jak on wybroni się względem swojego niedużego i wysportowanego prekursora, który robił również karierę sportową. Czy korelacja po między lekkością, a zadziornym charakterem zostanie zachowana?

A i trzecia premiera. Tu jednak trochę luksusu. Coś, co trochę wiąże się z moimi spełnionymi marzeniami, ale jednak klasę niżej, jakkolwiek to zabrzmi. Moim zdaniem posiada swojego prekursora. Pod względem administracyjnym jednak, niektórzy zagorzali fanatycy tej marki, mogą się ze mną nie zgadzać ale po prostu mało mnie to obchodzi. Mercedes. Nic więcej nie będę pisał, ponieważ przyjdzie na to jeszcze czas.

Jeszcze coś odnośnie moich oczekiwań dotyczących zaplecza socjalnego naszej wyprawy genewskiej versus wycieczki do Frankfurtu. Nie dalej jak wczoraj studiowaliśmy cały tysiąc sześćset dwudziesto-trzy stronicowy scenariusz. Nie potrzebnie. Wyłoniłem z niego tylko trzy interesujące mnie elementy.

Pierwszy z nich to podróż. Jeżeli chodzi o początek i koniec drogi marzę o tym, aby Paweł wytrzymał całe 1300 km za kierownicą, ponieważ nie lubię prowadzić MINI i nie lubię siedzieć w nim z tyłu. Podczas drogi do Frankfurtu musiałem siedzieć w jedną stronę na tylnej „kanapie” i nie podobało mi się to, aż do pierwszych zakupów na stacji benzynowej.

Kolejna sprawa to wyżywienie. Przywiązuję do tego sporą uwagę. Moi koledzy ostatnio próbowali przekonać mnie, iż jedzenie w jednej znanej sieci restauracji specjalizującej się w szybkiej obsłudze podawania burgerów, jest mniej zdrowe względem innej. Argumentowali to tym, iż w tej pierwszej pasta mięsna bez mięsa nie jest grillowana, a w tej drugiej właśnie tak to przyrządzają. Podsumowując – nie namówili mnie. Uspokaja mnie jednak fakt zameldowania tym czasowego na miejscu. Dla porównania we Frankfurcie mieszkaliśmy w hotelu, a stołowaliśmy się na mieście w w/w „restauracjach”.

W Genewie posiadamy apartament z aneksem kuchennym, a to oznacza, że będę mógł gotować i będziemy żywić się jedzeniem. Jeszcze jedna, ale za to bardzo ważna kwestia – warunki atmosferyczne, na które nie mamy wpływu, więc nie będę o nich pisał. Dodam tylko, iż we Frankfurcie trzeba było przemieszczać się po między halami na dworze, a w Genewie wszystkie halę dzielą wspólny dach. To tyle, wystarczy…