Blog

#GIMS BLOG: Bentley na ścianę

Autor:  | 

Nie ma co ukrywać, że robię się coraz starszy, coraz głośniej chrupie mi w kręgosłupie, gdy wsiadam do samochodów i patrzę na nie już zupełnie inaczej niż za dawnych czasów, kiedy moje ściany zdobiły Ferrari Testarossa i Lamborghini Countach.

Samochody, do których wzdychałem przez cały swój okres dojrzewania okazały się mieć jedną zasadniczą wadę – są okrutnie niewygodne. W całej tej rozpaczy przesadziłem w jedzeniu ciastek i pączków, co zaowocowało bólem miednicy, gdy radośnie wskoczyłem do nowego McLarena.

W tym roku z ratunkiem przybył dietetyk, który zasugerował zmiany w moim życiu. Zainspirowany i natchniony rozmowami o marchewkach i porach, podjąłem jedyną słuszną decyzję – rozpocząłem poszukiwania większego, luksusowego samochodu, którego zdjęcia nie powstydziłbym się oprawić w ramkę i powiesić w salonie.

Najbardziej oczywisty wybór to Bentley, choć w tym roku stawiałem w ich kierunku bardzo niepewne kroki. Wszystko oczywiście za sprawą ich najnowszego gremlinka o nazwie Bentayga. Boję się ich SUV’a, odstrasza mnie i przeraża, ale rozumiem, że prawa rynku robią swoje.

Tymczasem na ich stanowisku czekała mnie nie lada niespodzianka. Bentayga nie dość, że była tylko jedna, to była tak ukryta, że trzeba było przejść przez wszystkie inne modele, sklep, punkt gastronomiczny, stoliki do spotkań biznesowych, piękny tunel (który swoją drogą później okazał się być nową przedłużaną wersją Mulsanne), aż w końcu w samym rogu stała nieśmiało Bentayga.

Z przyjemnością i radością wróciłem więc do swojego wyzwania w poszukiwaniu mojego wymarzonego GT. Problem w tym, że Continentala nie było ani jednego. Zrezygnowany wracałem już do Michała, który zgubił się w tunelu…i kiedy mieliśmy już iść do Audi moim oczom ukazał się ON.

Nowy Bentley Flying Spur. Zostałem onieśmielony. Jak ja wcześniej mogłem pomijać ten model? Continental tak przesłonił mi wizerunek tej marki, że przez lata nie widziałem absolutnie nic innego. Tymczasem nowy Flying Spur jest przepiękny. Pierwsze co rzuciło mnie na kolana to niesamowite tylne lampy, które choć wykonane w popularnej teraz technologii LED’owej to wyglądają całkowicie inaczej niż u jakiegokolwiek innego producenta. Dzięki nim nie tylko cały tył, ale i linia samochodu zyskały na delikatności i elegancji, która jest wprost wyśmienita.

Przód to już dobrze znane i lubiane przeze mnie kształty, które znam z Continentala. Tylko, że tutaj mam wersję sedan co oznacza, że mój pies miałby swoje własne wejście do samochodu. Na dodatek wersja, która była prezentowana w krainie czekoladą i fondue płynącą to nowa „słabsza” 4-litrowa jednostka V8 w wersji S.

W teorii to dość spory downsizing od oryginału, gdzie znajdziemy 6-litrowy silnik W12. Zanim jednak zaczniecie wymachiwać pięścią pomstując na mech w lesie to chciałbym tylko przypomnieć, że nawet w tej „malutkiej” wersji mamy do dyspozycji 521KM i 680Nm dostępnych już od 1700 obrotów. Silniczek ten, potrafi rozpędzić tą 2,4 tonową piękność do setki w niecałe 5 sekund, a dokładniej w 4,9 co jest zaledwie o 0,3 sekundy gorszym wynikiem od mocniejszego brata.

Nie ma więc tragedii. Wręcz przeciwnie, widzę tu same plusy. Dzięki temu, że samochód ma mniejszy silnik, ma również mniejsze spalanie. Bentley pisze, że na trasie może ono zejść nawet do 8l/100km. Jednak ja osobiście lubię jeździć z włączoną klimatyzacją, radiem i światłami, więc można to zaokrąglić do co najmniej 10l. W połączeniu z 90l bakiem paliwa, oznacza to, że tym samochodem można się w pełni nacieszyć, a wizyty na stacje benzynowe będą wynikały raczej z potrzeb fizjologicznych kierowcy lub pasażerów niż głodu V8ki.

To wspaniała wiadomość, bo z wnętrza kompletnie nie chce się wysiadać. Wszystko jest tutaj najwyższej jakości. Poprawiono nawet jakość plastikowych przycisków, które w poprzednich modelach mogły zaskoczyć swoim wykonaniem.

Jazda tym samochodem musi być zatem czystą poezją. Z napędem na cztery koła – z czego 60% mocy jest przekazywane na tył – i ciągłym zapasem mocy można jechać choćby na koniec świata, a jeśli zdecydujecie się pojechać przez Niemcy to na liczniku możecie zobaczyć nawet 350km/h. Do tego wszystkiego jeszcze nowo zestrojone zawieszenie i poprawa jakości reakcji samochodu na pedał gazu – to wyznacznik wersji „S”. Nic tylko rozbić skarbonkę i jechać do warszawskiego dilera.

Jeśli kogokolwiek z Was zachęciłem do tego samochodu, to pamiętajcie, że będziecie potrzebowali zdecydowanie większej skarbonki. Ceny tej wersji śmiało przekraczają 222 tys. Euro, co w przeliczeniu daje prawie 1… milion… nowych polskich złotych, ale pomarzyć można, a w tym przypadku i trzeba.