Blog

BLOG: Jak zapłaciłem za OC mniej niż przed rokiem

Autor:  | 

Było piękne majowe popołudnie, kiedy zadzwonił telefon, a w słuchawce usłyszałem delikatny głos telemarketera – „Pańskie ubezpieczenie wkrótce się kończy, w związku z tym, czy możemy je teraz przedłużyć?”

Zazwyczaj w tego typu sytuacjach zgadzam się i przechodzę do formalności. Zwłaszcza, kiedy dzwoni firma, z którą już od dłuższego czasu współpracuję. Tak było i tym razem, więc pan w słuchawce zaczął referować warunki ubezpieczenia.

Monolog dotyczący OC, AC i dodatkowych opcji skutecznie usypiał moją czujność. Na szczęście z marazmu wyrwała mnie rzucona na koniec kwota – 3500 zł. To o całe 1300 zł więcej, niż płaciłem rok wcześniej przy rozłożeniu ubezpieczenia na raty i z największą zwyżką za szkodę, którą zafundowałem sobie dwa lata wcześniej. Grzecznie zapytałem czy to nie żart. Okazało się, że nie, ale ponieważ jestem stałym klientem, to od razu dostałem rabat w losowej wysokości. Do zapłaty zostało mi już „jedynie” 2700 plnów. I to pod warunkiem jednorazowej wpłaty. Nadal sądziłem, że to stanowczo za drogo, a na moje wątpliwości miły telemarketer odpowiedział zdaniem – „Wie Pan, trudno było nie słyszeć o podwyżkach cen ubezpieczenia w ostatnich miesiącach.”

Tego było za wiele. W związku z tym postanowiłem poświęcić trochę swojego czasu na wybór nowego ubezpieczenia samochodu. Umówmy się, nie było to zbyt trudne, wystarczyło wpisać „tanie oc” w internetowej wyszukiwarce.

Wydarzenia kolejnych miesięcy skłoniły mnie jednak do pochylenia się nad problemem drożejącego ubezpieczenia OC. Otóż moja koleżanka miała drobną stłuczkę. Pewien kierowca zapomniał, że jego samochód nie jest wyposażony w system automatycznego hamowania i spowodował drobne szkody na zderzaku i klapie bagażnika jej pachnącego jeszcze nowością kompaktu. Auto trafiło do serwisu, a wycena naprawy opiewała na niespełna 12.000,00 zł (słownie: dwanaście tysięcy złotych). Jakieś 20% jego wartości. Za naprawę zapłacił ubezpieczyciel sprawcy.

Parę tygodni później złapałem w swoim aucie kapcia. Ponieważ mam wykupioną opcję opony, po kilku nieudanych próbach samodzielnej wymiany, poddałem się i zadzwoniłem pod podany w polisie numer i… odsłuchałem z milion komunikatów wygłoszonych przez automatyczną sekretarkę. Z tego co pamiętam, każdy brzmiał – „Rozłącz się już teraz. I tak mamy Cię w… nosie.” Kiedy w końcu po drugiej stronie odezwał się głos żywego człowieka rozpocząłem procedurę zgłaszania szkody. Nie trwało to zbyt długo, bo też przebita opona to nie fizyka kwantowa. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy ubezpieczyciel zaproponował mi następujące rozwiązanie – „Odholujemy auto do najbliższego autoryzowanego serwisu Citroena, gdzie zostanie przeprowadzona naprawa opony.” W pierwszej chwili pomyślałem, że umrę na tym poboczu w oczekiwaniu. Powiedziałem, że w takim razie sam wymienię oponę i proszę o informację, gdzie mam ją zawieźć w celu jej naprawienia. Ubezpieczyciel powiedział, że sprawdzi i oddzwoni.

W oczekiwaniu na oddzwonienie, zamówiłem mobilną wulkanizację. Po 20 minutach na miejsce mojego przymusowego postoju przybył miły człowiek, który w kolejne 20 minut zdjął, załatał, wyważył i założył naprawioną oponę na miejsce. Za tę usługę zapłaciłem 100,00 zł. Pan z ubezpieczenia nie oddzwonił. I żeby nie podkręcać napięcia, napiszę, że nie oddzwonił wcale.

Te dwa zdarzenia dały mi solidnie do myślenia. Być może ubezpieczyciele wydają nasze pieniądze nie do końca racjonalnie. Nie chce mi się wierzyć, że klapa bagażnika i zderzak stanowią 20% wartości średniej klasy kompaktu. Z doświadczenia wiem też ile kosztuje usługa holowania do najbliższego serwisu i jest to, co najmniej dwa razy tyle, co koszt naprawy opony, który poniosłem. Analizując przytoczone przykłady, nie trzeba być zaawansowanym ekonomistą, żeby wiedzieć, że obsługa szkód komunikacyjnych mogłaby być mniej kosztowna. Z kolei wysokie koszty, są rekompensowane wyższymi cenami. Czyli przypuszczalna niekompetencja lub zaniechanie prowadzą do tego, że co roku ze swojego portfela przeciętny kierowca musi wysypać więcej monet. Ale czy na pewno?

Pan, który zadzwonił do mnie na początku tej historii był bardzo miły i być może w innych okolicznościach zgodziłbym się na jego propozycję. Całkiem możliwe, że gdyby po drugiej stronie słuchawki siedziała pani Kasia, czy inna Asia i zalotnym głosem referowała zalety swojego produktu, to zaakceptowałbym nawet tę pierwszą propozycję. A już z pewnością nie zapaliłaby mi się lampka ostrzegawcza, gdyby różnica stawek nie była tak dramatycznie wysoka, a tłumaczenie telemarketera nie zawierałoby frazy – „przecież w telewizji o tym tyle się mówiło”. Całe szczęście żyjemy w dobie internetu. Swoje obecne ubezpieczenie odnalazłem w porównywarce ubezpieczeń Rankomat. Zawsze śmiałem się z ich reklam, w których aktorka o niekwestionowanych walorach obiecywała OC tańsze nawet o połowę, ale kiedy sam to wypróbowałem, okazało się, że nie ma w tym zbyt wiele przesady. Obecnie za OC płacę 918,00 zł (i nie była to najtańsza znaleziona oferta), za AC i dodatki niespełna tysiąc. W sumie płacę o prawie 1000,00 zł mniej niż miałbym zapłacić swojemu dotychczasowemu ubezpieczycielowi. Aha… i mam to rozłożone na 4 raty.

Co zatem powinien zrobić przeciętny kierowca, kiedy firma ubezpieczeniowa dzwoni i proponuje przedłużenie polisy? Sprawdzić, czy przedstawiona oferta rzeczywiście jest taka atrakcyjna jak twierdzi telemarketer. Zwłaszcza, że narzędzia do tego dostępne są na klik.

  • Michal Bylek

    Identyczna sytuacja ma miejsce z operatoami komórkowymi. Gdy przedłuża sie umowę to dostaje się gorsze warunki niż nowi klienci. Jest to typowe zachowanie dostawców wszelkiego rodzaju usług, krórzy wychodzą z założenia, że jeżeli jesteś nowym klientem, to znaczy że zadałeś sobie trud i porónałeś kilka ofert na rynku, dlatego więc muszą dać Ci jak najlepszą ofertę.
    Przedłużanie umowy jest z reguły pierwszą opcją braną pod uwagę bez wcześniejszego rozpoznania ofert alternatywnych dostawców, więc logika nakazuje nie iść na zbyt duże ustępstwa.

    Myślę, że gdybyś na koniec zadzwonił do swojego ubezpieczyciela i skonfrontował ich z alternatywną ofertą którą dostałeś, to na koniec dostałbyś od nic bardzo zbliżoną oferte.

    W dzisiejszym skomercjalizowanym świecie wszyscy chcą nas wydoić z kasy, więc trzeba poświęcić trochę czasu, zeby nie stać sie przysłowiową krową 🙂

    Niestety…. czas to też pieniądz.